Tyle razy zastanawiałam się, jak wrócić do pisania tutaj. Bo to, że chciałam wrócić, wiedziałam już jakiś kwartał temu, nie wiedziałam tylko, z czym wrócę. Czy z tłumaczeniem, opowieścią o tym, gdzie byłam i co robiłam? A może ze świeżymi psychologicznymi nowinkami albo emocjonalnym pogotowiem ratunkowym na mailu?

Nie wiem, czy tłumaczenia mają znaczenie, kiedy ktoś wychodzi w kapciach po zapałki i wraca prawie rok później. Studia na psychologii rzuciłam, a plan zostania psychoterapeutą zawiesiłam na czas nieokreślony łamane przez nigdy. Na razie sama daję jednemu zarobić, a rozwiązywanie problemów obcych ludzi przez internet wydaje mi się jakąś abstrakcją.
Jak z resztą wiele rzeczy z mojej całkiem nieodległej przeszłości.

Miałam radosne, ambitne plany wobec tego miejsca, zwłaszcza latem zeszłego roku, kiedy bez zapowiedzi zmieniłam ‚Króliczka’ w ‚Mniej strachu’. Miałam całą listę pomysłów na posty, strachów do pokonania, akcji, którymi chciałam podbić blogosferę (a potem to nawet i media!), miałam też energię i niezachwianą pewność, że to się uda i ma sens.
A dzisiaj patrzę na to z uśmiechem i po chwili ten uśmiech przeradza się w chichot, bo to w sumie całkiem zabawna historia.

Mało kto wie, że nazwa bloga miała się zmienić na zupełnie inną, w sumie lepiej do mnie pasującą, a cały rebranding miał odbywać się stopniowo. Tyle że któregoś z tych pięknych, gorących dni doznałam olśnienia i kupiłam jeszcze inną domenę. W niecałą godzinę później miałam już dopasowaną do nowej nazwy filozofię blogowania, a nawet biznesplan.

Sęk w tym, że owo olśnienie było sponsorowane przez literkę S jak Serotoniny nadmierne wydzielanie. Kto otarł się kiedyś w życiu o epizod maniakalny, ten wie, że w takim stanie można spontanicznie kupić konia na kredyt (mieszkając w bloku) albo przebiec półmaraton w sandałach (nie biegając wcześniej dalej, niż do odjeżdżającego autobusu). Całe szczęście, jedyną stałą rzeczą, jaka mi po tym okresie została, jest zmieniona nazwa bloga. A mogło być gorzej, bo na skali od zera do Eckharta Tolle szybowałam już gdzieś w okolicach Beaty Pawlikowskiej, będąc o krok od zostania wielofunkcyjnym, świeckim guru, specjalizującym się w duchowym odrodzeniu, zielonych koktajlach i hodowli kotów bengalskich. Wywiady w śniadaniówkach i książki w promocyjnych koszach w Biedronce — to wszystko mogło być moje!

Morał tej historii jest trojaki:

  1. nie ufaj swoim myślom i przekonaniom, nie muszą być prawdziwe;
  2. gdy czujesz, że możesz góry przenosić, zgłoś się do psychiatry;
  3. zanim trwale zmienisz nazwę projektu, który tworzyłeś od 5 lat, zapytaj przynajmniej 3 osoby o zdanie.

O pierwszym staram się pamiętać, co jednak dość komplikuje życie.

Co do drugiego – też to w końcu zrobiłam, z lekkim strachem przed diagnozą; na szczęście okazało się, że jeden taki epizod nie musi jeszcze oznaczać choroby dwubiegunowej. Ot, mój organizm w specyficzny sposób odreagował rozwód i wszystkie zmiany, które spotkały mnie nieco wcześniej. Pogrążenie się w rozpaczy byłoby zupełnie nieprzystowawcze w momencie, kiedy musiałam zmienić pracę, mieszkanie i otoczenie, więc w to miejsce dał mi zdwojone siły, zapał, humor, urok osobisty i błyszczące euforią oczy. Ale że działo się to niejako na kredyt, to kiedy już ogarnęłam sobie względną stabilność w tym nowym świecie, przeszedł czas spłaty – kolejny dół i przestój. Na początku bałam się, rozpaczałam i wściekałam, że przecież miało być już dobrze. Dopiero później dotarł do mnie głęboki sens tego koła, które zatoczyłam.

I trzeci… ta nazwa jest trochę jak tatuaż z imieniem byłego partnera, rysunek na skórze, który miał zaklinać wieczność, ale gdzieś po drodze wieczność zmieniła definicję i skróciła się do sezonu wiosna – lato. Co zrobić ze śladami, jakie po sobie zostawiła? Nosić ironicznie, z sentymentem, wypalić laserem, czy przykryć kolejnym obrazkiem?
Zmieniać nazwę po raz kolejny, czy może robić swoje, nie zwracając na nią uwagi?

Zastanawianie się nad tym zblokowało mnie na tak długo, że prawie zapomniałam o tym, co mi towarzyszyło, kiedy zakładałam to miejsce. A chciałam po prostu pisać, wysyłać myśli w świat i obserwować reakcje. Pod tą nazwą, czy inną, bez biznesplanu, wymuszonej spójności i zbędnych deklaracji – może już czas wrócić do korzeni?
Głośno myśląc, daję znak, że jestem.

25
Dodaj komentarz

avatar
19 Comment threads
6 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
20 Comment authors
DomiMgAnnaEwelinaNiewyparzona Pudernica Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Domi
Gość
Domi

Pisz dziewczyno, mozesz pomoc nie tylko sobie..!Twoja szczerosc powoduje, ze chce sie tutaj wracac.

Mg
Gość
Mg

<> o jesuuu, chyba jestem w tym miejscu. 7 miesiecy temu traumatyczne rozstanie z meżem, nowourządzonym domem i wspólną firmą. Po 3 miesiacach wycia do ksieżyca otrzepałam się i z błyskiem w oku urządziłam od nowa stare mieszkanie i nowe życie bez niego. Wszyscy twierdzą że kwitnę i ja tak właśnie się czuję. Jest dobrze. A może to tylko dziwna reakcja organizmu na stres?

Anna
Gość
Anna

Wreszcie! Czekaliśmy wierząc że wrócisz. Zawsze w końcu wracałaś. Opłacało się

Ewelina
Gość

Cieszę się, że wróciłaś.

Niewyparzona Pudernica
Gość

Dla mnie to możesz być Króliczkiem, Lessferem, a nawet Kozą, tylko pisz😂
Dobrze, że jesteś!

Bogna
Gość

Chętnie przygarnę myśli i na pewno zareaguję, bo Twoje pióro przemiło łaskocze mój czubek nosa wetknięty w monitor. See u!

eMka
Gość
eMka

Jesteś i ja też!

Miękkie Wnętrze
Gość

Hej. Doskonale rozumiem ten wpis – trafił dokładnie na moment, gdy dochodzę do podobnego wniosku o moich ostatnich kilku miesiącach. Oswajam się powoli z diagnozą o spektrum dwubiegunówki. Biorę leki. Staram się nie zmieniać drastycznie życia (choć pracę już zmieniam…) i nie kupować (farb, kosmetyków naturalnych, świec) żeby sobie poprawić humor. Bo prawda jest taka, że podbijanie sobie humoru w drugą stronę na siłę nie prowadzi do stabilizacji. Pozdrawiam bardzo ciepło i jak zawsze bardzo się cieszę, że mogę Ciebie czytać.

Nat
Gość

Bardzo Ci współczuję takiej sytuacji, domyślam się jak trudny musiał byc powrót. Miałam pare razy podobne przestoje i trudne powroty, jak próbowałam prowadzić blog, tyle że nie szło mi w manie, a w doły i chory perfekcjonizm. Chociaż epizod maniakalny po trudnej sytuacji, niezdiagnozowany, ale sądzę że przeszłam. Totalnie na kredyt. Trzymam kciuki :) PS. nazwę zmieniaj ile chcesz, ludzie naprawdę zainteresowani Twoim pisaniem to zniosą. Tzn lepiej nie zmieniać niż zmieniać, generalnie, ale lepiej zmienić i pisać niż zostać przy nazwie której się nie czuje i nie pisać… ;]

Patryk Tarachoń
Gość

Dzięki swojemu zaparciu i chwilowej euforii, sprawdziłaś kolejny grunt. Ma to swoje zalety.

Dominika
Gość
Dominika

Nie ważne pod jaką nazwą – ważne, że już jesteś i ważne, że jest już lepiej. 💗

Gosia
Gość

Udanych powrotów :)
Miło Cię znów czytać :)

wyspa
Gość
wyspa

Dziękuję, że to napisałaś. Bazując tylko na tym co opisałaś, mam wrażenie, że przechodziłam dokładnie to samo co Ty. Tyle, że u mnie nie było rozwodu, bo nie było ślubu. Ot, zaniedbana ja w otchłani depresji, mój chłopak mówiący mi, że „mogłabym się wreszcie wziąć w garść”, a potem obok nas dwie nowe młodsze współlokatorki i jego wyprowadzka z jedną z nich – jako swoją dziewczyną. Był dół, myślałam, że już z tego nie wyjdę. Pisałam tu wcześniej nawet kiedyś w komentarzu pod postem o tym, że spędziłaś bodajże 3 miesiące w szpitalu. Ja też chciałam czegokolwiek, ratować się, ale… Czytaj więcej »

Agata
Gość

No i dobrze, że wróciłaś, Króliczkowa. Nie zamierzam przestawać Cię tak nazywać, więc generalnie wisi mi, czy będziesz LessFear, MoreAuthentic, czy HopelesslyHappy :D. Ty to Ty, trochę rozpadnięta, na nowo poskładana, ale Ty <3. Ja na przykład, w przypływie złości na zastój w życiu i codzienną siermięgę, założyłam sobie całkiem nowego bloga OBOK tego o smarowaniu ;). I kto mi zabroni? Tym razem nie liczyłam na żadną konkretną liczbę obserwatorów, postanowiłam nie nakręcać się, nie tworzyć planów, tylko pisać o tym, co kocham i… dobrze na tym wyszłam. Ty też wyjdziesz, jak weźmiesz dupę i po prostu wrócisz tu na dobre. A potem jak kurz… Czytaj więcej »

Majkel
Gość
Majkel

Historia, jak stoi za Twym wpisem, a szczególnie trzeci morał, przypomniała mi wywiad z wokalistą pewnej kapeli. Zaskarbili sobie rzeszę fanów i wypracowali okazały dorobek w postaci kilku długogrających płyt, każda twardo trzyma poziom. Przez trzynaście lat nie wydali płyty. I chociaż w mediach pojawiały się wieści, że coś tam dłubią, że już-już wchodzą do studia, to kończyło się na komunikatach, że robią coś. Zrobili płytę i wydali ją niedawno. Przy okazji ukazało się kilka wywiadów. W tym, który mi się tu skojarzył, wokalista odpowiadał na pytanie o ten czas powstawania nowego albumu. Mówił, że miał obawy czy udźwignie odbiór… Czytaj więcej »

Dominika
Gość

A ja czekam na powrót Króliczka! ;)

Jacek
Gość

I dobrze.

Tomek
Gość
Tomek

Cześć, nawet nie pamiętałem ze polubiłem cię na fb – po chwili przypomniałem sobie ze napisałaś jakiś jeden tekst który do mnie trafił, na który przypadkiem trafiłem przeglądając cos w google, pamiętam ze wyciągnęłaś mnie z jakiegoś załamania :) wysokich lotów udanych powrotów :3

Karolina
Gość

Czekałam na Twój powrót :) Nazwa jak nazwa – moja jest tragiczna, ale prawdopodobnie nowa byłaby jeszcze bardziej nietrafiona (hihi) ;) Ważne to odnaleźć (z powrotem) radość z pisania. Mnie moje „ambitne plany” totalnie przygniotły… oczywiście poszły w kąt, ale ciężko się podnieść ;) Trzymam kciuki za rozwój bloga :)