Niezwykłe niesie ze sobą wrażenia moment narodziny idei. A mówiąc o idei, mam na myśli taką, która nawiedza cię tylko kilka razy w życiu: wtedy, kiedy decydujesz o wyprowadzce do innego miasta i czujesz, że to będzie twoje miejsce; wówczas, gdy zdobywasz pewność, że nie dla ciebie etat i kredyt; w chwili, kiedy czyjeś jedno spojrzenie zmienia ci plany na kilka następnych lat.

Niezwykłe to wrażenia i przytłaczające zarazem, bo jest w nich ukryta pułapka zobowiązania. Zignorowanie aż tak mocnego znaku, sygnału z wnętrza, wymaga nie lada umiejętności oszukiwania siebie i wyparcia. Jeśli jednak zostawiasz życiu choć mały margines na nieracjonalne, nie będziesz miał innego wyjścia – albo za nim podążysz, albo stracisz tyle, że w końcu zrozumiesz, że musisz za nim podążyć.

Najdziwniejsze jest to, że idee nie muszą zapowiadać rzeczy dożywotnio trwałych. Mimo swojego absolutnego charakteru, prowadzą czasem w ślepe uliczki. A kiedy z nich zawracasz, zaczynasz rozumieć, że celu nie było – liczyła się tylko droga, i to, że z jakiegoś powodu, właśnie w tym momencie, musiałeś jej doświadczyć. Przestajesz mieć żal, że błądzisz, doceniasz fakt podróży.

 

Ostatnio odwiedziła mnie znowu i tym razem miała siłę wulkanu. Zbyt długo stosowała półśrodki. Drobne tąpnięcia, powodzie i lawiny – ignorowałam je wszystkie, bez wyjątku. Musiała mną potrząsnąć, musiała rozjaśnić noc płomieniami, żebym w końcu zrozumiała co próbuje powiedzieć.

Kazała pisać, do tego mnie stworzono.
Kazała pisać tak, żeby aż bolało. Nie przewidziała kompromisów.

Dlatego przez ostatnie tygodnie wszystko zeszło na drugi plan, a ja zaczęłam uprawiać dziwną alchemię. Z najgłębszego dna oceanu, tam gdzie spotyka się potwory bez oczu, wydobywam treści, jakich bym się nie spodziewała. Oglądam je w świetle i kataloguję, nadaję imiona, oswojam, aż przestają ciążyć i straszyć. Schną na kartkach papieru, ubrane w słowa, zdania, akapity. Mnożą się na całe strony, a końca nie widać.

Zniknęłam stąd właśnie po to, by dać sobie na to przestrzeń. I ciszę, której bardzo potrzebowałam po głośnym i szalonym lecie. Nie znaczy to jednak, że znikam na dobre. Cały czas jestem po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki i będę tu wracać, pewnie bardziej chaotycznie i zrywami, niż według harmonogramu, ale będę.
Nie pytajcie jeszcze o efekty – być może w tym wszystkim wcale nie chodzi o to, by pokazać je światu. Piszę również po to, żeby się tego dowiedzieć.

Do przeczytania.