Nie, nie ma tam macania się po pleckach z chóralnym ‚wspieramy cię’.

Wbrew temu co się uważa, terapia grupowa nie jest żadną ubogą krewną terapii indywidualnej. Nie jest również sposobem na to, żeby szybciej i w krótszym czasie wyleczyć więcej pacjentów. To, że spotyka się tam jednocześnie około 10 osób jest zaletą, a nawet czynnikiem leczącym. W niektórych przypadkach terapia grupowa jest pierwszą zalecaną formą leczenia, a ci, którzy obawiają się jej najmocniej, nierzadko są tymi, którzy mogliby skorzystać na niej najwięcej.

Więc… co to za magia tam działa?

 

JAK TO WYGLĄDA W PRAKTYCE? 

Zacznę od tego jak wyglądało to u mnie: po przyjęciu na oddział i wstępnych zajęciach tłumaczących zasady pracy w grupie, rozpoczęliśmy cykl codziennych spotkań (pon – pt), składających się z dwóch 1,5-godzinnych sesji oddzielonych przerwą na posiłek.

Zaczynaliśmy jako 13-osobowa grupa (choć kończyliśmy już w 10 osób). I tak, siadaliśmy  w kółku. W pierwszych dniach każdy z nas miał przedstawić swój życiorys, obejmujący najważniejsze wydarzenia z życia, które doprowadziły do tego, że trafiliśmy na terapię. Mówiliśmy przez połowę sesji, w drugiej połowie był czas na komentarze grupy. Kiedy wszyscy zdążyli opowiedzieć swoje historie, nadszedł czas na osobiste sesje terapeutyczne. Przy czym osobiste oznaczało tu oczywiście: na oczach grupy. Po upływie standardowych 45 minut osoba, która miała sesję milczała, a grupa odnosiła się do tego co usłyszała, opisywała swoje uczucia lub interpretacje.

Rutynę tygodnia urozmaicały zajęcia z psychodramy, psychorysunku lub muzykoterapii, a w piątki odbywały się zebrania społeczności, na których poruszane były tematy organizacyjne i inne, na które nie było przestrzeni w poprzednich dniach.  Dodatkowo, każdego poranka, w ‚rundzie początkowej’ dzieliliśmy się tym, z jakimi emocjami przychodzimy dziś na zajęcia. Nie było przymusu wypowiedzi ani ustalonej kolejności.

Ktoś powie – ale jak tu korzystać z takiej terapii, skoro przy tylu osobach można mieć rozmowę z terapeutą średnio raz na dwa tygodnie, a całość trwa tylko trzy miesiące?

Zadziwiające dla mnie samej było to, że niezależnie od tego czy do sesji siadałam ja, czy ktoś inny, czy akurat ‚bawiliśmy się’ w psychodramę, korzystałam, uczyłam się i odkrywałam siebie przez cały czas.  Nawet wtedy gdy już nie chciałam.

 

GABINET LUSTER

Choć historie moich towarzyszy były bardzo różne, bo różniliśmy się wiekiem, pochodzeniem i płcią, w każdej z nich odnajdywałam cząstkę siebie. I z cząstek tych mogłam stworzyć swój zupełnie nowy obraz, spojrzeć na siebie ze strony z której wcześniej nie patrzyłam. Takiego wglądu nie uzyskałabym chyba inną drogą.

Podobieństwo niektórych doświadczeń sprawiło, że dostawałam od grupy informacje nie mniej cenne, niż te, których udzielali mi terapeuci.  Co więcej, kiedy oni odbywali swoje sesje indywidualne, wielokrotnie czułam, jakbym to ja siedziała na ich miejscu, i słuchała swoich słów, najskrytszych myśli, tyle że wypowiadanych innymi ustami. Na pewno nie był to zmarnowany czas (choć przyznam, że czasem wysiedzenie na kolejnej sesji wymagało wiele samozaparcia).

Nie dało się przewidzieć, która z historii zadziała na mnie najmocniej. Jedno z największych katharsis przeżyłam dzięki osobie, która przyszła tam z zupełnie innym od mojego problemem i tym samym otworzyła mi oczy na temat, którego nie planowałam i nie spodziewałam się poruszać w terapii.

Takich historii i zaskoczeń było dużo więcej. Siedząc w tym kręgu miałam czasem wrażenie, jakbym znalazła się w wielkim gabinecie luster… i sama też byłam lustrem dla innych.

 

JA W RELACJACH

Najmocniej obawiają się terapii grupowej ci, którzy mają problemy w relacjach z innymi: nieśmiałość, wycofanie, blokady przed bliskością, powtarzające się problemy w związkach. I oni też najwięcej mogą z takiej terapii wyciągnąć, jeśli tylko się na nią zdecydują i w trakcie zaangażują.

Terapia grupowa jak żadna inna daje możliwość spojrzenia na to, jak wchodzimy w relacje i jak się w nich zachowujemy. W grupie szybko zaczynamy odgrywać schematyczne role znane nam z życia, a inni (terapeuci, uczestnicy) są w stanie zwrócić nam na to uwagę.

W prawdziwym życiu rzadko uzyskujemy informacje o swoich martwych punktach – jeśli komuś nie odpowiada nasze zachowanie, prędzej się wycofa, zignoruje, niż powie o co chodzi i da szansę na poprawę (mówię zwłaszcza o niezbyt bliskich związkach). Również terapeuta w terapii indywidualnej zna nasze zachowanie wobec innych tylko z naszych słów, a te, umówmy się – są stronnicze. Wobec niego możemy reagować całkiem inaczej, pozbawiając go ważnych informacji, do których bez problemu ma dostęp terapeuta grupowy.

Informacje zwrotne to jednak nie wszystko, co dostajemy w grupie – ona jest jak piaskownica, albo doświadczalne poletko – tworzy bezpieczne warunki do tego, by spróbować inaczej, by przełamać niektóre schematy, wypróbować inne reakcje. Tu nie ma obaw, że skończy się wielkim rozczarowaniem. A nawet jeśli – na miejscu są terapeuci i inni członkowie grupy, gotowi dać kolejne wskazówki i przede wszystkim – wsparcie.

 

DLACZEGO TERAPIA GRUPOWA JEST SKUTECZNA?

Psychoterapeuta Irvin Yalom, autor znanych książek na temat terapii grupowej, wyłonił aż 11 leczniczych czynników, których można doświadczyć w psychoterapii grupowej (i które sama doświadczyłam na własnej skórze):

  • Uniwersalność – zetknięcie z problemami innych, często podobnymi do własnych, uświadamia, że nie jest się jedyną osobą, która przeżywa takie trudności, a to przynosi ulgę i zmniejsza poczucie izolacji;
  • Zaszczepienie nadziei na poprawę, dzięki obserwacji postępów u innych uczestników terapii;
  • Altruizm – grupa rozbudza postawy altruistyczne, a doświadczenie wspierania i odkrycie, że potrafi się pomóc innym członkom zwiększa poczucie własnej wartości;
  • Udzielanie informacji – czyli psychoedukacja ze strony terapeutów, ale i praktyczne porady od uczestników, którzy już coś podobnego przeżyli;
  • Korektywna rekapitulacja pierwotnej grupy rodzinnej – pod tą trudną nazwą kryje się fakt, że grupa często przypomina nam rodzinę i w jej członkach można zobaczyć bliskich, a przez to przenieść na nich stary sposób reagowania. Dzięki obecności terapeuty schematy z dzieciństwa są uświadamiane, korygowane i zamieniane na inne postawy;
  • Spójność grupy – poczucie przynależności i łączności, które otwiera na relacje;
  • Rozwój umiejętności społecznych – podczas terapii można odkryć jakich umiejętności komunikacyjnych nam brakuje i bezpiecznie je przetestować;
  • Uczenie się interpersonalne – dzięki informacjom zwrotnym od pozostałych uczestników oraz obserwacji ich zachowań można nauczyć się tego, co sprawia nam trudność w relacjach;
  • Naśladowanie korzystnych zachowań innych, ich sprawdzonych sposobów radzenia sobie może zmienić podejście do własnych problemów;
  • Katharsis – to oczyszczenie i przełom, które czasem przyjmuje postać nagłego wglądu we własne motywy i schematy, czasami wybuchu skrywanych emocji, a czasem głębokiej ulgi po wypowiedzeniu historii, której dotąd nikt nie słyszał;
  • Czynniki egzystencjalne – w grupie prędzej czy później pojawią się dyskusje na uniwersalne tematy dotyczące cierpienia, śmierci, czy utraty. Bezpieczne środowisko pozwala na wypowiedzenie swoich przekonań, lub na zmianę poglądów.

 

Do wszystkich powyższych bonusów płynących z terapii grupowej dodałabym fakt, że wydaje się ona być ‚bliżej życia’ niż terapia indywidualna – w jej trakcie mamy do czynienia ze zwykłymi, niedoskonałymi i nieprzewidywalnymi ludźmi, nie tylko z profesjonalistą, który musi powstrzymywać niektóre reakcje. Nie znaczy to oczywiście, że indywidualna jest gorsza, ale… z terapeutą, po zakończonej terapii nie pójdziemy na kawę, ani nie zadzwonimy do niego, pytając co słychać. Za to z członkami swojej grupy – nie ma przeszkód.

I to jest chyba najlepsza rzecz, jaka została mi po tej terapii.


 

Jeśli macie jakieś pytania, wątpliwości na temat terapii grupowej – piszcie śmiało! Jestem też ciekawa Waszych doświadczeń, jeśli takie macie.