Najczęściej spotykam ich w internecie, choć nie brak ich też w prawdziwym życiu.

Ludzie, którzy nie umieją dyskutować. 

To jakaś plaga.

Chcą przekonać kogoś do swoich racji, udowodnić, że ich poglądy mają uzasadnienie, a jednocześnie obnażają braki w znajomości podstawowych zasad argumentacji, dziury w logice, albo dają się ponieść emocjom. Zaskakująco często są to ludzie wyedukowani, nierzadko wpływowi.

Właściwie trudno się temu dziwić – logiki uczymy się dopiero na studiach (a retoryki wcale) i jest to przedmiot traktowany po macoszemu. Sama zresztą tak o nim myślałam… aż do momentu, gdy pod wpływem zaprzyjaźnionego, ścisłego umysłu* zaczęłam przyglądać się z dystansu temu, w jaki sposób się kłócę i jak wyprowadzam wnioski w swoich tekstach pisanych. Wstyd przyznać, ale czasem to było coś w rodzaju osławionego woman logic. Karkołomna droga na umysłowe skróty i bronienie swoich racji dla zasady. Lub z przyzwyczajenia. Bo tak.

Lekarstwem na to było zwiększenie uważności podczas dyskusji i pisania. Pomogło również wytłumaczenie sobie, że przyznanie się do niewiedzy, albo oddanie racji rozmówcy wcale nie umniejszy mojej pozycji (a jeśli w czyichś oczach ją umniejsza, to może warto zrewidować taką relację?).

Przeżyłam też moment oświecenia, kiedy poznałam listę błędów logicznych i błędów w argumentacji, która jest niemała. Poniżej wybrane, najczęściej spotykane (i według mnie najbardziej drażniące).

Ile z nich sam stosujesz? ;)


NAJPOPULARNIEJSZE BŁĘDY
W ARGUMENTACJI

 


Dowód anegdotyczny

Czyli: „psychoterapia to wyciąganie pieniędzy, mam 3 znajomych, którzy z niej skorzystali i w niczym im nie pomogła”.
Albo „ciecierzyca leczy raka! Moja ciotka miała 3 stadium, zaczęła robić okłady z ciecierzycy i po raku ani śladu!”.

Ludzie mają często tendencję do przeceniania wartości swoich jednostkowych doświadczeń, albo znaczenia przypadków osób z ich bliskiego kręgu.  Zbyt szybko łączą też wydarzenia w związki przyczynowo-skutkowe, nie biorąc pod uwagę, że na skuteczność wspomnianej psychoterapii mają wpływ m.in. oczekiwania i wiedza klienta (skoro po 2 spotkaniu nie czuję się lepiej, to metoda jest do niczego, rezygnuję!), a na wyleczenie raka mógł mieć wpływ efekt placebo, rozbudzenie silnej nadziei, lub pogodzenie ciotki z jej synem, z którym była od lat w konflikcie. Ale kto lubi bawić się podczas rozmowy w dociekliwego naukowca. Proste, efektowne rozwiązania – to o nich rozmawia się najlepiej na imieninach i spotykając znajomego w tramwaju.

Głoszenie takich dowodów opartych na podstawie anegdotek z życia jest jeśli nie groźne, to co najmniej naiwne. Bądź więc wyczulony na wszystkie ‚wiem to z własnego doświadczenia’ i ‚znam wiele osób, które tak miały’.


Powołanie się na eksperta / argumentum ad verecudinum

Czyli: „profesor tak mówił, a skoro ma tytuł profesora, to znaczy, że ma więcej racji niż magister.”
Albo „amerykańscy naukowcy dowiedli, że jeśli przed stosunkiem podskoczysz trzy razy i klaśniesz w dłonie, zwiększysz szanse na poczęcie chłopca”.

Ten błąd pojawia się, kiedy bezkrytycznie przyjmujemy czyjeś zdanie i opinie, tylko dlatego, że jest dla nas autorytetem. Bolesnym dowodem na to, jak ślepo ufamy takim osobom, był słynny eksperyment Milgrama.

Inną odmianą jest traktowanie jako autorytet osoby, która nawet nie zasługuje na to miano. To, że ktoś napisał na jakiś temat książkę, nie znaczy jeszcze, że jest specjalistą w tej dziedzinie (mi też proponowano wydanie książki i 5 razy zapraszano do telewizji – rynek jest otwarty na wszystkich). Jako jaskrawy przykład nasuwa mi się tu Beata Pawlikowska, specjalistka od podróży, przemian duchowych, leczenia depresji, zdrowych koktajli, wychowania kotów i prawdopodobnie jeszcze 15 innych rzeczy.


„Żaden prawdziwy Szkot”

Czyli – osoba A mówi: „Wszyscy Szkoci piją whisky”. Na co osoba B odpowiada. „Ale Aidan jej nie znosi.” Osoba A stwierdza wtedy: „W takim razie Aidan nie jest prawdziwym Szkotem.”
Albo: „Nie możesz uważać się za prawdziwego chrześcijanina, jeśli popierasz in vitro!”.

To argument, zgodnie z którym jakąś osobę można zaliczyć do danej grupy tylko wtedy, gdy posiada odpowiadające jej typowe cechy. Już brak jednej z nich sprawia, że należy ją z tego grona wykluczyć.

Przypomina to nieco czarno – białe myślenie.


Czarno – białe myślenie

Przykład: „Skoro PO to oszuści, musisz zagłosować na PIS”
albo „jeśli nie popierasz mojego planu, to znaczy, że jesteś przeciwko mnie”.

To błąd, który pojawia się, gdy ktoś podczas dyskusji zakłada, że istnieją tylko dwie opcje, dwa możliwe wybory lub rozwiązania jakiegoś zagadnienia. Zazwyczaj jednak jest ich dużo więcej, i to, że jedno jest niemożliwe do realizacji, nie oznacza automatycznie, że jesteśmy skazani na drugie. Zamiast PIS możemy zagłosować jeszcze na SLD czy Korwina, a to, że nie zgadzamy się z jednym planem danej osoby, nie znaczy jeszcze, że jesteśmy jej przeciwnikami albo przekreślamy całą relację z nią.

Myślenie tego typu zdradza pewną niedojrzałość i sztywność poglądów.


Przytyki osobiste / argumentum ad hominem, ad personam

Czyli: „zanim zaczniemy debatę o sprawiedliwości, powinni państwo wiedzieć, że mój oponent siedział w więzieniu”
albo „argumentów osoby, która tak wygląda nie można brać na poważnie” (no chyba, że rozmowa dotyczy mody;).

To wszystkie osobiste ataki na rozmówcę, które mają doprowadzić do ośmieszenia go przed publicznością, dowieść, że skoro posiada pewne cechy, to nie może mieć racji. Czasem stają się wymówką, dla której atakujący nie zamierza wysłuchiwać argumentów przeciwnika, zwłaszcza gdy te są merytoryczne  i nie do podważenia.

Jest też inna odmiana tego zjawiska i polega na odwoływaniu się do przekonań czy powszechnie znanych cech rozmówcy, tak żeby ten bojąc się uznania za hipokrytę przyznał nam rację, np. „rozumiem, że jako znana działaczka na rzecz równouprawnienia będzie pani popierać założenia naszego Czarnego Marszu?”.


Odwołanie do tradycji / argumentum ad traditionem

Czyli „moi rodzice mnie bili, ich rodzice ich bili, a jakoś wszyscy wyrośliśmy na porządnych ludzi”,
albo „od wieków kobiety zajmowały się domem i było dobrze, teraz zachciało im się kariery i przez to wszystko stanęło na głowie”.

Skoro coś trwało przez lata i zapisane jest w tradycji, musi być słuszne! Nie ważne, że od tamtego czasu zmieniały się warunki wpływające na trafność podawanych argumentów, nie ważne, że z czasem pojawiły się badania, które im zaprzeczają.

Ludzie mają tendencję do koloryzowania przeszłości, przywiązując się do wizji ‚starych dobrych czasów’ i potwierdzając jej wartość wybiórczymi, emocjonalnymi dowodami. A wiadomo, jeśli coś działa nam na emocje, będziemy bronić tego do upadłego (to oczywiście świadoma generalizacja ;)


Odwołanie do nowoczesności / argumentum ad novitam

Czyli: „nasz produkt wykorzystuje najnowszą formułę, której nie mają stare proszki”
albo „nowsze oprogramowanie jest lepsze, bo pojawiły się w nim funkcje, których wcześniej nie było” (a wraz z nimi zupełnie nowe błędy, utrudniające obsługę jeszcze bardziej, niż w poprzedniej wersji).

Przeciwieństwem wcześniej wymienionej postawy jest podejście, według którego wszystko co nowe, nowoczesne, jest lepsze, bardziej słuszne, a rozwiązania tradycyjne muszą być przestarzałe i mało trafne.


Odwołanie do popularności / argumentum ad populum

Przykład: „większość ludzi używa social media, więc jeśli nie ma cię na Facebooku, znaczy że nie istniejesz”
albo: „cenię tę partię, ale w sondażach dostała tylko 4% poparcia, więc zagłosuję na tę z poparciem 30%”

Argument odwołujący się do upodobań ludu. Ulubiony chwyt specjalistów od marketingu. Dowodzenie, że jeśli coś jest popularne i często wybierane/robione przez innych ludzi, powinno zainteresować/przekonać i Ciebie.
„Miliony much nie mogą się mylić”.


Atakowanie słomianej kukły / ignorantio elenchi

Czyli: osoba 1 mówi „powinniśmy przeznaczyć więcej pieniędzy na służbę zdrowia”, na co osoba 2 odpowiada „dziwi mnie, że chcesz zostawić nasz kraj bezbronny, bez środków na wojsko”.
albo: osoba A mówi „nie wierzę w żadnego boga”, co osoba B podsumowuje „czyli uważasz, że na świecie znaleźliśmy się przez przypadek a wszechświat stworzył się sam z siebie?”.

Z tym błędem mamy do czynienia, kiedy próbujemy obalić czyjeś racje przeinaczając jego argumenty, wyciągając użyte przez niego słowa z kontekstu, albo upraszczając przedstawione przez tę osobę wnioski i atakując je właśnie w takiej wersji.

Można to zauważyć także w dyskusjach, w których jedna osoba jest zręczniejszym, bardziej elokwentnym mówcą i zyskuje przewagę przez używanie gładszych wyrażeń i większą pewność siebie, mimo, że to ta druga, mniej rozmowna i pewna siebie osoba ma rację.


Błędne koło / petitio principi

Przykład: „tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie”
albo „Słowacki wielkim poetą był, bo jego dzieła nas zachwycają. A dlaczego zachwycają nas jego dzieła? Bo wielkim poetą był!”

Próbując coś uzasadnić czasami gubimy się w swoich argumentach tak, że jako dowód podajemy samą treść własnej tezy, albo po prostu jej synonim.

Powtarzanie tego samego (dosłownie lub innymi słowami), żeby udowodnić swoje racje, często charakteryzuje osoby, które właściwie nie rozumieją tego, co próbują obronić… albo wierzą w coś ślepo i jedno zdanie (np. pochodzące od autorytetu) jest dla nich wystarczającym wyjaśnieniem.


Śliskie zbocze, albo równia pochyła

Czyli „osoby które używają marihuany z czasem zawsze przejdą do używania twardych narkotyków, więc marihuana powinna być nielegalna”
albo „jeśli teraz pozwolimy na małżeństwa homoseksualistów, to niedługo będziemy musieli też legalizować pedofilię”.

Coś, co leży na brzegu śliskiego zbocza nie może zostać przesunięte tylko trochę. Nawet lekki dotyk sprawi, że zjedzie na sam dół. To tak jak z kostkami domina – popchnięcie jednej powoduje cały łańcuch wydarzeń kończący się zburzeniem całej konstrukcji.

Na podobnej zasadzie, popełniający ten błąd głoszą, że jeśli nastąpi wydarzenie A, jego nieuchronną konsekwencją musi być Z. Przy czym Z jest już zwykle potężnym ekstremum i grubą przesadą, nie powiązaną z A sensownymi dowodami.

To jeden z ulubionych trików moralizatorów w dyskusjach o życiu społecznym i polityce.


Niedowierzanie i niezrozumienie / z ang. personal incredulity

Czyli: „nie rozumiem jak z ryb mogły powstać gady, a z nich ludzie. Cała ta teoria ewolucji jest bez sensu!”
albo „niemożliwe, żeby ludzie czerpali przyjemność z BDSM. W życiu nie chciałbym żeby laska podczas seksu mnie biła, oni muszą być nienormalni”.

Popełniamy ten błąd, gdy podważamy prawdziwość jakiegoś twierdzenia tylko dlatego, że sami go nie rozumiemy. Albo zakładamy, że skoro my czegoś nie rozumiemy, to jest to równie niezrozumiałe i bezsensowne dla wszystkich.

Zwykle przekonywanie osób, które stosują tak naiwną argumentację jest pozbawione sensu, lepiej odpuścić.

Trochę podobnym błędem jest argumentum ad ignorantiam.


Argument odnoszący się do niewiedzy / argumentum ad ignorantiam

Czyli: „Bóg istnieje. Masz jakieś dowody na to, że jest inaczej?”
albo „Bóg nie istnieje. Gdyby istniał, to umiałbyś mi to jakoś udowodnić”.

Za każdym razem, kiedy twierdzisz, że masz rację, tylko dlatego, że rozmówca nie potrafi podać argumentów przeciwko niej, popełniasz błąd argumentum ad ignorantiam (i jednocześnie gdzieś na świecie umiera mały kotek).

Specjalista od logiki powiedziałby: brak dowodów na fałszywość jakiejś tezy nie implikuje jej prawdziwości.


Pochopna generalizacja / cherry picking  / dicto simpliciter

Czyli: „4 na 5 specjalistów poleca nasz produkt”, a w domyśle „zapytaliśmy tylko 5 zaprzyjaźnionych, a wszystkich specjalistów w kraju jest 2000”.
Albo „W pani tekście znalazłem już na początku 2 błędy. Nie zamierzam czytać dalej, cała praca jest niewiarygodna”.

To błąd mający trochę wspólnego z dowodem anegdotycznym lub generalizacją. Popełniamy go, kiedy wskazujemy pojedyncze przypadki mające potwierdzić wyznawaną przez nas teorię, jednocześnie ignorując wszystkie dowody  jej przeczące. Nie ma prawdziwych osądów bez rozważenia zarówno za, jak i przeciw, przyjrzenia się odpowiedniej ilości przypadków. Ale czasami tak bardzo chcemy, by wyszło na nasze, że stajemy się ślepi na wszystko, co może ‚naszemu’ zaprzeczyć. W psychologii nazywa się to selektywną uwagą.

„Wybieranie wisienek” czasami wykorzystywane jest przez firmy, które jako potwierdzenie skuteczności działania swoich produktów podają jedno czy kilka (nierzadko sponsorowanych) badań,  uparcie milcząc o niezależnych  dowodach podważających ich wyniki.




Zainteresował Cię temat? Może będziesz chciał poczytać o metodach erystycznych według Schopenhauera. Więcej informacji znajdziesz w jego książce „Erystyka. Sztuka prowadzenia sporów”.



*  – nie twierdzę, że ścisły umysł oznacza automatycznie ‚pan i władca logiki’. Ale jeśli ktoś naprawdę rozumie matematykę, często zbliża go to w życiu do posługiwania się logiką.

Czasem wręcz za bardzo ;) Tu przychodzi mi na myśl jeden z obrazków udostępnianych na stronie dla INFP:



Tłumaczenie: „czasami nienawidzę logicznych typów, bo kiedy czuję się podminowana lub samotna i jedynym czego pragnę, jest to, żeby ktoś usiadł i wysłuchał mojego wywodu, oni słuchają przez jakieś cztery sekundy, a później nieproszeni dają mi logiczne rozwiązanie dla mojego problemu. Ja nie chcę rozwiązania dla mojego problemu! Chcę tylko czuć się wysłuchana i kochana.”

I tego się trzymajmy, żeby nie przechodzić ze skrajności w skrajność. Logika nie jest lekarstwem na całe zło w tym świecie, a czasem wręcz może nas oddalać od bardziej emocjonalnych czy chwilowo zagubionych osób, które chcą jedynie akceptacji swojej wizji świata, nie polemiki.

Czy tak wiele tracimy dając im prawo do wyznawania swoich nielogicznych poglądów, jeśli te na nas bezpośrednio nie wpływają? Wy mi powiedzcie.