21 dni postu doktor Dąbrowskiej za mną.
21 dni na ścisłej diecie, pełnej ograniczeń co do ilości i jakości spożywanych pokarmów.
21 dni, które miało oczyścić moje ciało, a oczyściło przede wszystkim… głowę. 

Wiem, że dla niektórych trwanie na diecie, która dostarcza tylko 800 kalorii dziennie z samych niskoskrobiowych i niskoglikemicznych warzyw i owoców jest… delikatnie mówiąc niepojęte, więc postanowiłam podsumować to, co się ze mną działo w trakcie tych dni. I co dzieje się nadal, bo proces zmiany ciągle trwa!

 

NA JAKIM JEDZENIU WYROSŁEŚ? 

U mnie była to tradycyjna kuchnia polska, ze swoją tłustością, mącznością, warzywami stanowiącymi tylko dodatek do posiłku. Z umiłowaniem kaw i deserów spożywanych zaraz po obiedzie i ospałością po niedzielnym kotlecie. Argumentum ad traditionem: wszyscy tak jedzą, jedli i jakoś żyli.

Potem był okres studiów, kiedy z przyzwyczajenia sięgałam po wciąż te same produkty, dodając do tego słodycze, fast foody, kawę i alkohol. Zawsze byłam bardzo szczupła, nigdy nie tyłam po świętach ani nie miewałam niestrawności po okresowych obżarstwach, więc wychodziłam z założenia, że ja to mogę jeść wszystko. I tak robiłam.

Nie wiem w którym momencie do mnie dotarło, co zafundowałam swojemu organizmowi takim podejściem. Być może dopiero wtedy, kiedy pojawiły się pierwsze problemy zdrowotne. Po omacku szukałam więc ich przyczyn i nowej drogi w żywieniu. Okazało się to trudniejsze niż myślałam… ciągle myliłam trop, a lekarze chcieli leczyć mnie objawowo, tylko maskując problemy. Traciłam pieniądze, czas i energię.

I w końcu nadszedł dzień, w którym powiedziałam sobie: albo zrobisz coś radykalnego, albo już teraz przejdź na emeryturę i tam narzekaj, że cały czas jest coś nie tak. Tak trafiłam na opis postu dr Dąbrowskiej i facebookową grupę wsparcia dla osób, które go podejmują. Czytałam, chłonęłam, zachwycałam się efektami. A potem, tak całkiem z dnia na dzień, zapchałam lodówkę warzywami i zaczęłam swoje zdrowotne wyzwanie.



CO MOŻE CI DAĆ POST DR DĄBROWSKIEJ?


spaghetti z cukinii
Spaghetti z cukinii – moje ulubione danie postu. Ten cienki makaron wyczarowała temperówka do warzyw.

O zaletach głodówek i przejściowego ograniczania liczby spożywanych kalorii mówi się już wszędzie, potwierdza to nie tylko tradycja (w dużej mierze związana z religią), ale i współczesne badania. Korzyści są namacalne: oczyszczenie, wyleczenie problemów (nie tylko) zdrowotnych i wydłużenie życia, jeśli robi się to regularnie.

Post Dąbrowskiej doprowadza organizm do autofagii, czyli stanu, w którym komórki zaczynają trawić stare lub uszkodzone elementy. Dzięki temu w środku ma miejsce prawdziwa odnowa biologiczna. Znikają wrzody, mięśniaki, cellulit, maleją blizny, skóra nabiera blasku. Niektórym osobom po kilku pełnych, 6-tygodniowych postach odbudowywała się nawet tarczyca zniszczona przez Hashimoto, znikały choroby zwyrodnieniowe i przewlekłe bóle. A już po jednym normowało się ciśnienie, poprawiały wyniki badań, spadały kilogramy nadwagi.

Osoby chore lub z silnie zanieczyszczonymi organizmami podczas postu mogą przechodzić tzw. kryzysy ozdrowieńcze. Tzn ich ciało usilnie pracuje nad tym, by coś naprawić, a na zewnątrz daje to nie zawsze przyjemne efekty. Np. ludziom, którym oczyszczają się zatoki, ciurkiem leci z nosa. Ci, którzy mieli kiedyś złamanie, mogą odczuwać w tym miejscu ból i dziwne sensacje. Inni miewają gorączki, migreny, bóle gardła, stawów itp. Po kilku dniach wszystko mija, a dotknięte tymi zmianami organy działają jak nowe.



MOJE EFEKTY I PRZEBIEG POSTU


śniadanie na diecie dąbrowskiej
Typowe śniadanie podczas postu: sałatka na winie, czyli bierzesz z lodówki co się nawinie i kroisz na kawałki. 

Zaczynając, byłam nastawiona przede wszystkim na detoks, poprawę stanu układu pokarmowego i na zmniejszenie wypadania włosów. 

Pierwsze 2 dni postu były naprawdę ciężkie. Nagłe przestawienie na restrykcyjną dietę okazało się szokiem dla organizmu. Cały ten czas bolała mnie głowa, skutecznie odbierając radość życia. 3 dnia było już lepiej, ból zniknął, zaczęłam też odnajdywać się w nowej rutynie, w której dużo więcej niż zwykle czasu spędzałam w kuchni: krojąc, piekąc, trąc, siekając, wymyślając urozmaicenia ograniczonego menu.

Gdzieś między 4 a 5 dniem diety dostałam takiego kopa energetycznego, że zaczęło mnie po prostu nosić. Wykonywałam wszystkie zlecenia na dany dzień, robiłam posiłki na zapas dla siebie i osobne dla męża, a potem… pucowałam mieszkanie, z segregowaniem rzeczy w szafkach włącznie. Chodziłam nakręcona jak króliczek Duracella i samą siebie zadziwiałam tym, że przez cały dzień mam podobny, stały poziom energii i dobry humor. Żadnych spadków i popołudniowej senności. Zero ziewania w ciągu dnia! Ten stan rzeczy utrzymywał się przez większość postu, dzięki czemu nadrobiłam wiele swoich zaległości.

Nie wiem, czy miałam klasyczne kryzysy ozdrowieńcze, ale przydarzył mi się dzień, podczas którego czułam ból kości w dłoniach i dwa, podczas których dokuczały mi kolana. Potem minęły bez śladu i to tyle z moich trudności.

Skupmy się na pozytywach:

  • Po pierwsze, przez cały post mój brzuch był idealnie płaski i twardy jak deska. Niektóre dziewczyny zrozumieją, jak duże jest to osiągnięcie przy problemach z trawieniem.
  • Po drugie, moje uda, czyli miejsce, w którym gromadzi się każdy nadprogramowy tłuszcz, straciły ponad centymetr z obwodu. Co z tego, że jestem szczupła – też miałam cellulit, a teraz nagle widać, że pod skórą mam też mięśnie!
  • Włosy, czyli to na czym najbardziej mi zależało – podczas postu liczba wypadających była poniżej mojej zwykłej średniej, a na końcu spadła do kilku dziennie. Oby się to utrzymało, odpukuję w niemalowane!
  • Poza tym – stałam się jeszcze bardziej kreatywna w kuchni, poznałam nowe sposoby przygotowania posiłków i sięgnęłam po warzywa i przetwory, których wcześniej nie jadłam (m.in. dynię, patisona czy zakwas z buraków).
  • Odkryłam, że kiedy chcę, mam w sobie dużą siłę woli (zwłaszcza gdy siedziałam na przyjęciu obok tacy z ciastami, skubiąc grejpfruta, albo w kawiarni z zieloną herbatą, obok ludzi zajadających się lodami i goframi).

Jednak tym, co zmieniło się najbardziej, było moje podejście do jedzenia.



CZY WIESZ, DLACZEGO JESZ, DLACZEGO PIJESZ KAWĘ?

Podczas postu miałam okazję przyjrzeć się bardzo uważnie swoim nawykom dotyczącym jedzenia. I to właśnie było najcenniejszą rzeczą, jaką z niego wyniosłam.

Kiedy organizm przestawia się na autofagię, czyli odżywianie wewnętrzne, przestaje się czuć głód. Mimo wszystko czasem jednak dopadało mnie dziwne wrażenie, że muszę coś jeść. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie chodzi tu o faktyczną pustkę w żołądku, a o chęć… zmiany stanu emocjonalnego. Robiłam to już wcześniej, ale dopiero teraz stało się to tak wyraźne: mam tendencję do zajadania smutków lub znudzenia.  Jedzenie było dla mnie pewną formą rozrywki, np. podczas dnia wypełnionego wyłącznie pracą. Poza postem w takich chwilach sięgałam najczęściej po jakąś szybką i nie zawsze zdrową przekąskę, zwykle taką, która dostarczała mi skoku energii, a potem pozostawiała śpiącą i poszukującą kolejnego zasilenia. Teraz nie było to możliwe, więc w to miejsce chrupałam marchewki, piłam zakwas z buraków, albo nie jadłam nic, tylko znajdowałam sobie kolejne zajęcie, typu układanie książek kolorami ;) Pomagało.


frytki z pietruszki
Przekąska na kryzysowe chwile przy pracy – frytki z pietruszki.


Odeszła mi też chęć picia kawy.

Nałóg kawowy był dla mnie dużym problemem. Już raz go rzuciłam, ale po wyjeździe do Włoch wrócił. Kiedy się nad tym zastanowić, nie byłam uzależniona od samej kofeiny. Tym, co mnie wciągnęło, był rytuał chodzenia do różnych kawiarni z laptopem, żeby popracować. Przy okazji testowałam, gdzie dają najlepsze cappuccino. Kawiarniana kawa przyciągała mnie nie tylko smakiem czy zapachem, ale i wyglądem – wiem, jak głupio to brzmi, ale czy patrząc na zdjęcia filiżanek pełnych pianki z wzorkami, nie nabieracie na nie ochoty?  Podczas postu nauczyłam się jednak, że pracować da się nawet przy zielonej herbacie albo pietruszkowo-jabłkowym smoothie. A ostatnio znalazłam idealną domową alternatywę dla cappuccino – bezkofeinową, bezglutenową, bezlaktozową. To kawa z cykorii na mleku roślinnym. Jest świetna – cykoria zawiera inulinę, korzystną dla układu pokarmowego. I wygląda tak samo dobrze :)


kawa z cykorii
Ja próbowałam cykorii która jest do kupienia w Auchanie i Simply, a mleko owsiane kupuję w Rossmannie (najlepszy stosunek składu do ceny).

Słodycze? Nie, dzięki.

Na składające się głównie z cukru i niezdrowych tłuszczów ciastka, batony czy czekolady też już nie mam ochoty. Bo zwyczajnie szkoda mi efektów postu. Teraz jakoś bardziej dociera do mnie to, że poza bardzo ulotną przyjemnością nic mi to nie da. Za jakiś czas mam zamiar produkować zdrowe słodycze sama, ale póki co, jak nigdy dotąd doceniam słodkość jabłka z cynamonem, grejpfruta, czy niektórych warzyw. Podczas tego detoksu tak wyostrzył mi się smak, że nawet patison wydaje mi się lekko słodki, nie mówiąc już o batatach czy marchewce.



CO DALEJ? 

Przy okazji postu dotarłam do sedna moich problemów z trawieniem i włosami najpewniej też: to niedokwaszony żołądek. Jeśli gdzieś uciekają Wam minerały i witaminy, mimo suplementacji wciąż macie anemię, a po jedzeniu pojawia się zgaga czy dziwne odgłosy z brzucha, przeczytajcie, bo może dotyczy to i Was. A lekarze na takie dolegliwości niestety przepisują leki, które dają chwilową ulgę, lecz w dłuższej perspektywie pogarszają sytuację.

Póki co mam w planach leczyć się dalej sama i stopniowo rozszerzać dietę, obserwując reakcje organizmu. Codziennie zapisuję co jem i jak się po tym czułam, wyciągam wnioski i dokształcam się na temat działania układu pokarmowego i hormonalnego. BTW, bardzo przystępnie tłumaczy to książka „Zdrowie zaczyna się od jedzenia” – polecam!

No i najważniejsze: droga, którą wybrałam, jest drogą bez odwrotu. Jestem świadoma, że powrót do starych nawyków nie da mi zdrowia, a ja nie chcę już tracić czasu na półśrodki.


PS:

Nie będę Was zachęcać, żebyście koniecznie przeszli na post Dąbrowskiej, ale zachęcam do przyjrzenia się źródłu Waszych nawyków związanych z jedzeniem i stanowi układu pokarmowego. Być może ma to związek z objawami, których nigdy byście ze sobą nie połączyli?