Kiedy rok temu o tej porze ktoś powiedziałby mi, że teraz będę przygotowywać się do rozpoczęcia studiów, nie uwierzyłabym mu. Byłam pogrążona w przewidywalnej i całkiem wygodnej rutynie, wiedziałam dokąd zmierzam i nie było w tym miejsca na większe zmiany kierunków.

A jednak, raz na jakiś czas odzywało się we mnie takie dziwne poczucie, że czegoś w tym planie brak. Czegoś istotnego, czego nie potrafiłam nazwać… albo nie chciałam tego robić. W wyartykułowaniu tego braku pomógł mi dopiero ten blog. Na wiele sposobów. 

Ci, którzy są ze mną od dawna, pamiętają, że zaczynałam jako blogerka kosmetyczna. Teraz na Króliczku nie ma już po tym śladu, więc musicie wierzyć na słowo. Z czasem jednak pomiędzy recenzjami kosmetyków i opisami zmagań z włosami wplatałam coraz częściej teksty o życiu, społeczeństwie, a w końcu także i artykuły zbliżone do popularnonaukowych, które traktowały o tym, co od lat nastoletnich fascynowało mnie najbardziej: ludzkiej psychice i jej niesamowitych właściwościach. Dlaczego to robiłam?


[dropcap ]K[/dropcap]iedy patrzyłam, jak mój mąż pracuje nad kolejnymi publikacjami naukowymi, zarywa soboty w laboratorium, czułam ukłucie zazdrości. Wiedziałam, ile go to kosztuje czasu i energii, odczuwałam to na własnej skórze, ale mimo wszystko – zazdrościłam, bo pamiętałam z jaką przyjemnością pisało mi się pracę magisterską. Tak, to na co narzeka większość studentów, dla mnie było przyjemnością, z tego samego gatunku, co euforia nieziemsko umordowanego biegacza. Nazwijcie mnie nerdem, ale naprawdę  najbardziej kręci mnie nauka i takie takie. 

Wymyśliłam więc dla siebie czynność zastępczą – pisanie artykułów na bloga. Wykorzystywanie wcześniej zdobytej wiedzy, poszukiwanie nowych źródeł, łączenie ich całość odpowiadającą na życiowe rozterki czytelników i uzupełniającą braki polskiego internetu.

I to działało. Czasami tylko przypominałam sobie słowa mojego oszczędnego w komplementy promotora, który na pożegnanie powiedział mi „kiedyś będzie pani pisać dobre teksty… być może naukowe” (w jego języku znaczyło to „wow, nieźle jak na studentkę, tylko niech sodówa nie uderzy ci do głowy”).  W takich chwilach myślałam, że to co robię, bez formalnego poparcia w postaci dyplomu z psychologii, jest właśnie takie „być może naukowe”. Dla przeciętnego internauty może wyglądać niemal profesjonalnie, ale zawsze można się przyczepić.

I znajdowali się tacy, co chętnie to robili.


[dropcap ]K[/dropcap]iedyś, po publikacji jednego z tekstów opartych nie na moich wymysłach, a wynikach badań innych, bardziej utytułowanych (ot, żadna filozofia zebrać je w całość do przejrzystej formy), dostałam wiadomość od oburzonej czytelniczki z przypadku, która stwierdziła, że swoimi tekstami mogę szkodzić innym i że to co piszę jest nic nie warte bez co najmniej magistra z psychologii. Z początku parsknęłam śmiechem, bo magister mógłby napisać dokładnie to samo korzystając z tych samych źródeł, w dodatku wiele wskazywało, że ta kobieta potrzebowała gdzieś rozładować swoje życiowe frustracje i padło akurat na mnie. Jednak ta cała sytuacja zasiała mi w głowie małe ziarenko.

I nagle odrobina zewnętrznych czynników sprawiła, że zaczęło kiełkować.

Kilka otwartych wykładów z psychologii, podczas których chłonęłam informacje (i akademicką atmosferę) jak gąbka. Spływające jeden za drugim maile od czytelników, którzy opowiadali mi o swoich problemach i z ufnością w moją wiedzę oczekiwali porady. Wiadomość o stworzeniu w Polsce nowatorskiej formy terapii, w której czułabym się jak ryba w wodzie. Chęć zmiany tematyki moich copywriterskich zleceń. Odgrzanie marzeń jeszcze z czasów liceum…

I w końcu – oferta jednej z uczelni, która proponuje psychologię dla licencjatów i magistrów. Dzięki systemowi PEU (potwierdzenie efektów uczenia się) przepisuje się tam oceny z bardziej ogólnych przedmiotów, co sprawia, że kolejny tytuł magistra można uzyskać już nie w 5, a w 3 i pół roku!


[dropcap ]Z[/dropcap]aczęłam tworzyć listę za i przeciw. Mój wiek… w październiku będę miała akurat 30 urodziny. Od 6 lat nie studiowałam. A co jeśli będę tam najstarsza? Do tego cena… czesne jak na typowej, prestiżowej uczelni, mocno uderzy mnie po kieszeni. I czas. Mimo wszystko to nadal 3,5 roku , a przez ten czas dużo może się wydarzyć…

Z drugiej strony odzywał się we mnie głos: jak nie teraz, to kiedy? I czy za kolejne 10 lat nie będę nadal tłumiła w sobie tego żalu, że wtedy, gdy pierwszy raz zdawałam na studia, od razu potulnie wybrałam mniej ambitny i mniej interesujący mnie kierunek? W wyobraźni widziałam siebie robiącą notatki na wykładach profesorów, o których wcześniej się uczyłam, siebie wkuwającą nową teorię, siebie dyskutującą z ludźmi o tej samej pasji, planującą przyszłość na nowej ścieżce i… całym ciałem czułam, jak bardzo chcę wcielić tą wizję w życie.

Dowiedziałam się wszystkiego czego potrzebowałam, odwiedziłam przemiłe panie w dziekanacie (serio, pierwszy raz w życiu wychodziłam uśmiechnięta z dziekanatu) i efekt jest taki:


dostałam się


Może niektórzy z Was zdziwią się, że tak się tym emocjonuję, ale uważam tę decyzję za jedną z najważniejszych w moim życiu i chciałam się koniecznie tym z Wami podzielić – zwłaszcza że jako czytelnicy bloga na pewno na tym skorzystacie. Więcej merytorycznej wiedzy, mnóstwo nowych inspiracji, trochę świeżego powietrza w postaci nowych ludzi i sytuacji – to na pewno korzystnie wpłynie na wenę, nawet mimo dodatkowych obowiązków.

Mam ochotę wyśpiewać całemu światu banalną piosenkę o tym, że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń i stawianie sobie nowych wyzwań. I że życie zaczyna się w okolicach 30 – nigdy nie czułam się ze sobą tak dobrze jak w tym roku, nigdy wcześniej tak skutecznie nie spełniałam kolejnych swoich celów. I oby tak już zostało.

Wysyłam Wam cząstkę tej mojej radości, która się ze mnie aż wylewa. Buziaki!