Tegoroczni maturzyści drżą, bo już wkrótce wyniki matur (w tym roku 5 lipca). I zaraz ruszy cała machina z rekrutacjami na studia.

Jeszcze niedawno była studniówka, potem przeglądaliście nerwowo maturalne karty pracy, później zakwitły kasztany i… Teoretycznie powinniście już wiedzieć, co teraz  ze sobą zrobicie, ale praktyka pokazuje, że bywa różnie i możecie skończyć tak jak ja, na dość przypadkowym kierunku. Jeśli ciągle jeszcze macie wątpliwości, to przeczytajcie, jakimi czynnikami NIE kierować się wybierając miejsce i specjalizację swoich studiów. A osoby które już mają mgr przed nazwiskiem, mogą dodać w komentarzach coś od siebie, ku pokrzepieniu 18-letnich serc.

Nie wiem jaki odsetek tegorocznych maturzystów ma dokładny plan na swoje życie i jest w pełni świadomy tego, co chce z nim zrobić… lub co powinien, biorąc pod uwagę swoje uzdolnienia i predyspozycje. Co za ponury absurd, by o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem. Ja sama mając 18 lat, po 3 latach liceum profilowanego, miałam w głowie jedynie wielki kłębek splątanych myśli. Podsumowywałam swoje zainteresowania i talenty, oceniając szanse: psychologia? anglistyka? a może hinduistyka? na malarstwo się nie dostanę… co mogę studiować w Częstochowie albo Kielcach?

 

Nie oceniałam zbyt realnie możliwości, nie zrobiłam researchu wśród znajomych studentów, swoją wiedzę na temat różnych kierunków studiów czerpałam głównie z opasłego „Informatora Maturzysty” i sugestii rodziców. Moi rówieśnicy też nie byli zbyt zdecydowani i ogarnięci w temacie. Ciekawe, że pod koniec naszej wspólnej drogi rozmawialiśmy bardziej o maturach, niż o studiach – do tej pory nie wiem co – i czy w ogóle – studiowali niektórzy z nich. Dziwny to był czas i dziwni my.
Ostateczna decyzja zapadła, kiedy dostałam do rąk wyniki. Jeszcze tego samego albo następnego dnia pojechałam do Kielc, złożyć papiery na resocjalizację ze specjalnością profilaktyka społeczna, a później do Częstochowy – na filologię angielską, specjalność język biznesu. Tylko te dwa kierunki, taki optymistyczny wariant, że na któryś na pewno się dostanę. I jednocześnie duże ograniczenie, bo tym samym odrzuciłam wiele dziedzin, które interesowały mnie bardziej niż wspomniane. Tłumaczyłam sobie wtedy to mniej więcej tak: 


– BO TO BLISKO DOMU –

Moi rodzice starali się mocno wybić mi z głowy studiowanie gdzieś daleko – np. we Wrocławiu (już wtedy mnie tu ciągnęło). Ponieważ w grę wchodziły w zasadzie dwa ośrodki akademickie, w promieniu ok. 70 km od mojego domu, odrzuciłam też myśli o psychologii, której nie było ani w Kielcach, ani w Częstochowie. Przeglądałam zatem ofertę państwowych uczelni w obu tych miejscach i robiłam eliminację dostępnych na nich kierunków, aż do wyboru teoretycznie najmniejszego zła.

Nie miałam na tyle samozaparcia i wiary w swoje możliwości, żeby uprzeć się na wyjazd gdzieś dalej. Dziś myślę, że na pewno przeforsowałabym swoje zdanie i przekonała do niego rodziców, gdybym tylko sama była do niego w 100% przekonana. A tak wolałam udawać dziecko zależne całkowicie od woli dorosłych – zawsze było na kogo zrzucić brak próby spełniania swoich marzeń… Jak to mówił ex-prezydent: nie idźcie tą drogą.

– BO NIE BĘDĘ MIAŁA PIENIĘDZY – 

Ten punkt łączy się u mnie z pierwszym. Wymienione wcześniej miasta wchodziły w grę ze względu na stosunkowo niskie koszty wynajmu mieszkań i utrzymania. Im dalej, tym więcej trzeba było płacić za możliwość pobierania bezpłatnej nauki… Poddałam się więc temu, że będę studiować w tanich miastach i odrzuciłam myśli o tych droższych, choć miały znacznie szerszą ofertę ciekawych dla mnie kierunków i lepsze perspektywy późniejszego rozwoju. Uznałam, że skoro rodzice nie dadzą mi więcej pieniędzy, ja tym bardziej nie będę ich miała.
Dziś mówię – to też nie jest przeszkoda! Wystarczy spojrzeć na wszystko z kalkulatorem w ręku, oceniając na chłodno możliwości i ograniczenia. Mówiąc o możliwościach, mam na myśli szansę zdobywania stypendium (zarówno socjalnego, jak i za wyniki w nauce), którego nie brałam wtedy pod uwagę, czy ostatecznie kredyt studencki – tańszego kredytu już nigdy w życiu nie dostaniecie. No i podjęcie pracy – okazuje się (no szok normalnie!), że można dorabiać sobie już od pierwszego roku, mimo nieznajomości nowego miejsca i ogólnego zagubienia. Trzeba tylko być świadomym celu, na jaki te pieniądze zostaną przeznaczone. Jeśli chcemy, nie ma siły, żeby nie dać rady.

– BO RODZICE / ZNAJOMI MNIE NAKŁANIAJĄ – 

O wpływie rodziców powiedziałam już wystarczająco, spotkałam się jednak też z przypadkami, gdy jakieś pary przyjaciółek wybierały się na tą samą uczelnię. I któraś z nich zwykle bez większego przekonania, ale z myślą, że skoro ta druga idzie, to razem będzie raźniej. Łączyło się to często z planem wspólnego zamieszkania w akademiku/wynajęcia mieszkania.
A ja mówię, że pod wpływem koleżanki można wybrać najwyżej sukienkę lub lakier do paznokci, a nie wstęp do swojej kariery zawodowej! Dodam też, że w takich sytuacjach powiedzenie „chcesz kogoś znienawidzić, to z nim zamieszkaj” wydaje się bardzo trafione (u mnie sprawdziło się idealnie). Jeśli nie masz przekonania do jakiegoś kierunku, albo nawet do jakiegokolwiek kierunku, nie poddawaj się presji, niczyim namowom, nie ma nic gorszego niż osoba tłumacząca swoją decyzję o studiach tym, że…

– BO MUSZĘ STUDIOWAĆ COKOLWIEK / NIE MOGĘ STRACIĆ ROKU – 

Z tym też się spotkałam. Pokutuje w nas ciągle jeszcze dziwne przekonanie, że aby osiągnąć w życiu sukces KONIECZNIE musimy skończyć studia. Jakiekolwiek. I że lepiej jest wybrać się na byle jaki kierunek, niż stracić po maturze rok. Tak więc absolwenci, którym źle poszła matura obniżają często swoje standardy i lądują na studiach, które nie do końca zaspokajają ich ambicje. A później niejednokrotnie już na nich zostają – bo ciężko jest ruszyć się z miejsca…

Tymczasem zrobienie sobie roku przerwy po maturze nie jest wcale złym pomysłem, o ile ma się na niego jakąś konkretną wizję: wyjazdu za granicę do pracy, czy z nastawieniem na podróże, zrobienia w tym czasie kursu, który da praktyczną wiedzę pożądaną na rynku pracy/rozwijającą wnętrze… zarobienia na lepsze/ciekawsze studia gdzieś poza własnym rejonem… czy przygotowania się do ponownego podejścia do matury, żeby z większą liczbą punktów już na pewno dostać się na prestiżowy kierunek. Jest mnóstwo opcji i naprawdę nie widzę sensu w pchaniu się na studia, kiedy się tego w ogóle nie czuje.  To prędzej czy później skończy się porażką. Jawną lub utajoną.


– PO TYM KIERUNKU NA PEWNO JEST PRACA / NIE MA PRACY – 

Dziś niebezpiecznie jest szafować określeniami, że jakiś kierunek studiów gwarantuje dobrą pracę, a jakiś inny jest w ogóle bez przyszłości… To częsty błąd maturzystów, którzy bez przekonania idą na kierunki inżynierskie, albo odmawiają sobie studiów humanistycznych, które ich kręcą, dlatego że… no właśnie. Czas Was uświadomić. Nie ma czegoś takiego jak pewna praca, ani gwarantowane bezrobocie! Prawda jest taka, że prawdziwy pasjonat, oddany swojej dziedzinie, prędzej czy później osiągnie sukces nawet po niszowym kierunku, a ignorant, który mechanicznie zalicza kolejne sesje na kierunku ‚przyszłościowym’, może boleśnie zderzyć się z wymaganiami rynku pracy. Który ciągle się zmienia, i który oczekuje od absolwenta nie tylko dyplomu z magistrem, ale i wielu osobistych kompetencji, a przede wszystkim – praktyki i zaangażowania.

Żeby niektórzy się nie dziwili, że mówię takie oczywistości – ja kiedyś o tym nie wiedziałam. I dziwnie jakoś tak się złożyło, że nie miał mi kto o tym powiedzieć.


– I TAK SIĘ TAM NIE DOSTANĘ – 

To chyba najgorsza z możliwych motywacji. I tak nie dostanę się na psychologię, więc nawet nie będę składać. Nie przejdę egzaminów na aktorstwie, więc daruję sobie rekrutację – itd. Mogę teraz wymądrzać się na ten temat, bo sama należałam do osób, które łatwo się poddają i zaniżają swój potencjał. A to głupota totalna – jeśli nawet nie podejmie się próby, nie można mówić z całkowitą pewnością, że by się nie udało. Czasem udaje się wręcz fuksem, np. jakiś kandydat na liście przed nami zrezygnuje. Albo dostajemy się jako wolni słuchacze – w taki sposób kilka osób trafiło na moją resocjalizację (po roku czy nawet pół i zaliczonej sesji byli już pełnoprawnymi studentami). Próbować zawsze warto – choćby dla spokoju ducha. A jeśli wyjątkowo zależy Wam na jakimś kierunku, jedna próba dostania się to za mało.

Słuchajcie starszej koleżanki i wybierajcie dobrze! ;)

Mam nadzieję, że uśmiechniecie się już wkrótce patrząc na te cyferki i procenty w wynikach, i że nie będzie to uśmiech przez łzy. No chyba, że wzruszenia.


 

PS – Odświeżam ten tekst jeszcze z jednego powodu – dziś, mając prawie 30 lat, spełniłam wreszcie swoje odkładane marzenie i zarekrutowałam się na te studia, które kiedyś odrzucałam, zakładając z góry, że się nie dostanę, albo że będzie to zbyt drogi interes. Ha, drogo to będzie dopiero teraz, ale i tak cieszę się jak szalona! W osobnym tekście opowiem Wam o tym, co to za kierunek i co ostatecznie skłoniło mnie do tej decyzji.