Ktoś płacze. Ktoś wyraźnie się martwi. Wiesz, że jest ciężko chory. Że rozstał się z partnerem, albo stracił pracę. Niezależnie od tego, czy jest to krewny, czy znajomy w pracy, pojawia się poczucie, że COŚ trzeba takiej osobie powiedzieć, jakoś ją wesprzeć, jakoś odnieść się do jej sytuacji.

I to jest zwykle dobre i chwalebne, +10 do szansy na zbawienie i budowania międzyludzkich więzi.

Tylko czasem robimy to tak, że jednak lepiej żebyśmy w ogóle nie otwierali ust.

Jak NIE pocieszać i jak NIE okazywać wsparcia smutnym i cierpiącym?

 

Do tego wpisu zainspirowała mnie informacja o projekcie Emily McDowell, która przeszła złośliwy nowotwór i jak sama mówi – to nie leczenie było w tej chorobie najgorsze. Trudniej było jej znieść samotność i brak zrozumienia. Chociaż ludzie odwiedzali ją i starali się pocieszać, to jednak często ich słowa zamiast wsparcia przynosiły zakłopotanie albo zwyczajną złość. Kiedy w końcu rak poszedł sobie precz, Emily postanowiła stworzyć coś, czego dotąd na rynku nie było: empatyczne i szczere kartki pocztowe, które można przesłać lub podarować ciężko chorym, osobom w żałobie, czy ludziom, którzy przechodzą coś trudnego.

 

Oto kilka przykładów (źródło: emilymcdowell.com):

jak nie pocieszać

Tłumacząc ich treść (od lewej górnej):

  • „Bardzo mi przykro, że nie kontaktowałem się wcześniej. Nie wiedziałem co powiedzieć.”
  • „Obiecuję, że nigdy nie porównam Twojej choroby do podróży. No chyba, że ktoś zabierze cię w rejs.”
  • „Na to nie ma dobrej kartki. Bardzo mi przykro.”
  • „Śmiech to najlepsze lekarstwo! …zanim wymyślą rzeczywisty lek na to, co masz (przykro mi, że czujesz się kiepsko).”
  • „Kiedy życie daje ci cytryny, nie opowiem ci historii o tym, jak mój kuzyn zmarł z powodu cytryn.”
  • „Tak mi przykro, że jesteś chory. Chcę, żebyś wiedział, że nigdy nie będę próbował ci wcisnąć jakiejś przypadkowej terapii, o której przeczytałem w internecie.”
  • „Pozwól mi przywalić kolejnej osobie, która powie ci, że nic nie dzieje się bez przyczyny.”

Genialne, co? Wiele z tych kartek nieco wyszydza stereotypowe formułki, jakich zwykliśmy używać przy pocieszaniu. I bardzo dobrze, bo powtarzając je, tracimy ludzką twarz, a zamieniamy się w chodzącego mema. Podejrzewam, że jeśli chory, porzucony czy pozbawiony pracy człowiek chciałby słyszeć tego typu wzruszające coelhizmy, sam zajrzałby na jedną z tysięcy stron na Facebooku, tych z błędnie postawionym znakiem interpunkcyjnym w patetycznej nazwie.

Inne z kartek Emily stawiają na szczerość – jak np. pierwsza zacytowana. Od dawna wychodzę z założenia, że jeśli nie wiadomo co powiedzieć, lepiej nie używać wyszukanych słów, wymyślać białych kłamstw, a postawić na rozbrajającą szczerość, choćby miała obnażyć naszą niewiedzę, zakłopotanie i bezradność.

To zdecydowanie bardziej ludzkie niż bycie fabryką cytatów.


 

Wracając jednak do rzeczy – to jest chyba

6 NAJGORSZYCH RZECZY, JAKIE MOŻNA POWIEDZIEĆ, POCIESZAJĄC 

(i które, nie łudźmy się, tak naprawdę żadnym pocieszeniem nie są):

 


 

Wiem co czujesz. Przechodziłem to samo. 

Wiem, że cierpisz, ale teraz ja, teraz posłuchajmy o mnie, też mam w zanadrzu mocną historię!

Wydaje się, że opowieść o  własnych, podobnych doświadczeniach, będzie dla pocieszanej osoby kojąca czy pouczająca. ALE to tak naprawdę nic innego, jak odwracanie uwagi od problemu tej osoby i przenoszenie jej na siebie. Nawet jeśli mówimy to z całkiem pozytywną intencją i nadzieją, że w taki sposób pokażemy rozwiązanie, dowód, że z tego da się wyjść, to nie do końca pomoże osobie pogrążonej w smutku.

Czasem, na późniejszych etapach, kiedy pojawi się u niej trochę więcej otwartości, można tego spróbować. Pod warunkiem oczywiście, że nie potraktujemy tego jako pretekst do zwierzeń i opowiadania własnej historii, a bardziej jako punkt odniesienia do tego, co ona przeżywa.

Jednak na początku, kiedy złe emocje dominują i przysłaniają świat, taka osoba zwykle bardziej chce wyrzucić z siebie SWOJE smutki, skupić się na SWOICH problemach, a nie słuchać, że Ty miałeś tak samo. To pomniejsza unikalność jej doznań. A przecież kiedy przeżywamy jakąś tragedię, stajemy się na chwilę egoistami i – MAMY DO TEGO PRAWO.


 

Zawsze mogło być gorzej.

Masz raka? Zawsze mógł być złośliwy. Zostawił cię chłopak? Zawsze mógł cię do tego zapłodnić, pobić, a potem okraść, tak jak przydarzyło się Kaśce.

Budowanie perspektywy dla czyichś przeżyć czasami może się sprawdzić, ale znowu – na dalszym etapie przeżywania smutku. No i pod warunkiem, że wyrażamy się z wyczuciem. W przeciwnym razie pośrednio dajemy komuś do zrozumienia, że to, co przeżywa, jest nad wyraz i właściwie to powinien przestać się mazać. Bo przecież nawet wisząc na krzyżu można zaśpiewać: always look on the bright side of life!

Wymuszanie poczucia wdzięczności najczęściej powoduje w pocieszanych złość lub żal – za  odbieranie im prawa do żałoby/smutku/rozgoryczenia i za zmuszanie do bycia na siłę optymistą, którym wtedy na pewno się nie czują.

To trochę jak z dziećmi – często ich problemy w szkole czy na podwórku wydają nam się tak błahe w porównaniu do Ważnych Spraw Dorosłych, że aż śmieszne. Dla nich jednak są całym światem. Najgorsze, co można wtedy zrobić, to je wyśmiać czy odmówić im prawa do przeżywania, bo dzieci w Afryce mają gorzej. Kiedy dorastamy, w tej kwestii niewiele się zmienia – też chcemy mieć prawo do swoich smutków, niezależnie od tego, czy ktoś gdzieś przeżywa kataklizm. „To, że czyjś ból wydaje się większy, nie sprawia wcale, że mój jest mniejszy.”


 

Może tak musiało być.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni, pewnie Bóg tak chciał, bo przecież nic nie dzieje się bez przyczyny!

Jasne, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a jeśli ktoś wierzy w Boga, to może i jego do tego wmieszać. Ale w jaki sposób miałoby to pocieszyć kogoś, komu właśnie zawalił się świat? Jaką wizję świata i Boga mu to buduje – że jest to miejsce, w którym pisane mu było odnieść porażkę, że Bóg ma go gdzieś? Nikt nie chce stawać się silniejszym przez to, co go nieomal zabiło. Więc nie powtarzaj mu tego – on być może za jakiś czas dojdzie do tego wniosku SAM. Nie narzucaj nikomu swojego punktu widzenia. 

Jest też inny podprogowy przekaz takich pocieszeń – jeśli mówisz komuś, że właśnie tak musiało się stać, to prawie tak, jakbyś stwierdzał: zasłużyłeś na to cierpienie.



Będzie dobrze. 

Mówisz, że to śmiertelna choroba? Yyy, będzie dobrze, trzymaj się. 

Powiedzmy sobie wprost – niezależnie od tego, jak byśmy nie zaklinali rzeczywistości – są sytuacje, po których już nigdy NIE BĘDZIE DOBRZE. A przynajmniej nie tak dobrze, jakby tego oczekiwała osoba, która z ich powodu teraz cierpi.

„Będzie dobrze” to jedna z najbardziej bezrefleksyjnych formułek jakie rzucamy przy pocieszaniu. Brzmi tak samo empatycznie jak „nie płacz już” i „trzymaj się”. I jedne, i drugie obnażają nasze poczucie bezradności (które samo w sobie nie jest niczym złym), ale i w pewnym sensie chęć wyjścia z tej kłopotliwej sytuacji, w której nie wiemy co zrobić i powiedzieć. Najlepiej niech cierpiący radzi sobie sam.

Z takim podejściem lepiej całkowicie sobie odpuścić pocieszanie i zamiast tego np. wysłać kwiaty.


 

Czas leczy rany.

Wiem, że straciłeś nogę, ale pamiętaj – czas leczy rany. 

Czas nie leczy ran. Czas sprawia jedynie, że pojawiają się na nich blizny. A te, jeśli rana była głęboka, potrafią odezwać się głuchym bólem jeszcze po wielu latach. No i jak to blizny – mniej lub bardziej widoczne, zostają z nami na stałe.

Kiedy przypominasz komuś to zdanie, dajesz mu do zrozumienia, że kiedyś zapomni o swojej tragedii albo straci ona dla niego na znaczeniu. A w najgorszych momentach, jak np. po stracie kogoś bliskiego, myśl o tym, że za jakiś czas przejdzie się nad jego brakiem do porządku dziennego, boli niemal tak samo, jak ten nagły brak.



Czas pójść do przodu.

Kochana, popłakałaś już sobie, ale czas wziąć się w garść, nie uważasz? 

Dopóki sami nie cierpimy, możemy czuć wewnętrzny przymus wykopania negatywnych emocji z osób w naszym otoczeniu. I znowu – choćbyśmy robili to z całkiem pozytywną intencją, myśląc, że uda nam się zmotywować i zarazić radością tę osobę, efekt może być przeciwny. Ona się do nas zdystansuje, czując, że jej nie rozumiemy albo, że niecierpliwi nas jej stan i mamy dość słuchania smutnych opowieści.

Tymczasem każdy na straty i problemy reaguje inaczej. Nie ma reguły, że żal wypali się po dwóch tygodniach, miesiącu czy z nadejściem wiosny. O końcu żałoby czy etapu smutku decyduje tylko ta osoba. A jeśli widzisz, że coś jest naprawdę nie tak i nie widać żadnej szansy wyjścia z tego stanu, nie pomogą Twoje motywacje i porady, tylko specjalista.


 

jak pocieszać


 

JAK POCIESZAĆ, ŻEBY NIE ZASZKODZIĆ


Ok – zapytasz – jak jesteś taka mądra, to powiedz jak pocieszać, skoro każdy mój sposób jest zły? 

Zacznijmy od tego, że wcale nie jestem taka mądra, bo mimo całej mojej empatii, też zdarzały mi się wpadki w tym temacie. Kiedy dowiedziałam się, że jedna z moich ulubionych blogerek ma depresję, bez zastanowienia napisałam jej komentarz: „kurcze, zawsze miałam Cię za taką silną osobę”. Wstyd i wiocha na maksa… równie dobrze mogłam powiedzieć: ale teraz wyszło, że jesteś cienias. Dlatego moja pierwsza zasada pocieszania brzmi:


 

  1. Nie pocieszaj bez namysłu, na początek postaw na kontakt twarzą w twarz, a nie przez internet czy telefon, bo tam łatwiej o nieporozumienia. I zastanów się, naprawdę zastanów nad sytuacją tej osoby, zanim coś jej powiesz lub poradzisz. A jeśli o problemie dowiadujesz się nagle, spontanicznie, bezpieczniej będzie najpierw zapytać o jej uczucia, lub po prostu przytulić.

  2. Bycie obok  – jest czasem najlepszym, co możemy zrobić. Okazywać wsparcie można przez swoją widoczną obecność, uszy gotowe do słuchania i ręce do przytulania, niepozostawianie tej osoby samej w nocy czy w weekend, milczące zrozumienie, albo nawet zadbanie o jej codzienne, domowe sprawy, kiedy ona nie ma to siły (swoją drogą, zauważyliście, że na amerykańskich filmach osobom w żałobie zanosi się pojemniki z gotowymi obiadami i deserami, a u nas często to właśnie ten, kto przeżył stratę, dba o to, żeby inni najedli się na stypie…).

  3. Słuchaj naprawdę. Nie tylko pozwalaj się wygadać, ale zadawaj pytania, parafrazuj wypowiedzi tej osoby, nie osądzaj, powstrzymaj się od zbędnych komentarzy, chyba, że ona tego chce. Na podrzucanie rozwiązań przyjdzie czas później.

  4. Zadbaj o warunki do rozmowy. Jeśli sprawa jest poważna, nie planuj nic innego na ten dzień, wybierz spokojne miejsce w którym da się bez oporów płakać, i na Boga, wyłącz telefon! Nie ma nic bardziej irytującego, niż ktoś, kto między słuchaniem o Twoich problemach, odbiera telefon od Misiaczka i słodko ćwierkocze mu, żeby odgrzał obiad (to niby podstawa, ale widać nie taka oczywista, pamiętam jak miałam ochotę rozwalić łeb kobiecie, która odebrała telefon… w kościele, tuż przed pogrzebem mojego dziadka).

  5. Zapytaj co możesz zrobić. Zaoferuj pomoc, nie tylko teraz, ale i później. Oczywiście, jeśli naprawdę tego chcesz, a nie dlatego, że wypada. Powiedz tej osobie, że może do Ciebie zadzwonić kiedy chce i sam zadzwoń, jeśli tego nie zrobi (może krępuje się zwrócić o pomoc?). Wyprzedzaj o krok i odgaduj potrzeby, ale nie bądź nachalny, gdy ktoś chce pobyć sam, albo jeszcze nie dojrzał do szczerej rozmowy. Jak powiedział Lemony Snicket: „Kiedy ktoś płacze, oczywiście, szlachetnym jest pocieszenie go. Ale jeśli ktoś próbuje ukryć swoje łzy, tak samo szlachetne może być udanie, że ich się nie widziało.”

 

A główna zasada w tym wszystkim brzmi – spróbuj przez chwilę postawić się w sytuacji tej osoby i nie mów nic, czego sam byś nie chciał wtedy usłyszeć. To i tak już będzie więcej, niż zrobi większość osób.


PS – Macie jakieś przykłady najgorszych pocieszeń z własnego życia?