Zebrało nam się na podsumowania – widzę, że po blogach i Facebooku leci teraz ich cała fala. Początkowo sama szykowałam coś podobnego, w postaci takiej jak rok temu. Ostatecznie stwierdziłam, że wcale tego nie chcę – żadnego chwalenia się sukcesami, spotkaniami, statystykami itd. Mam za to ochotę opowiedzieć Wam o jednym momencie z minionego roku. We wrześniu przeżyłam być może najgorszą z nocy mojego życia. Paradoksalnie, działo się to podczas spełniania największego marzenia ostatnich lat – wyjazdu na Islandię. 
Dziwna rzecz z tymi marzeniami. Niekiedy przynoszą ból, niekiedy też owocują złamanym sercem, tak jak u mnie.
Ale do rzeczy.


***

Na Islandię polecieliśmy ze sporymi bagażami, które zawierały między innymi śpiwory i karimaty. Wynajęliśmy też samochód w wersji kombi – wszystko po to, by móc przesunąć w nim siedzenia i wygodnie spać z tyłu. Wielu podróżników robiło tak przed nami, i nie jest to nic dziwnego, biorąc pod uwagę ceny noclegów i odległości między kolejnymi miejscowościami w niektórych częściach tego kraju.
Pierwszą noc po przylocie spędziliśmy jeszcze w hostelu, nic więc nie zapowiadało tragedii. Przed drugą, po całym dniu jazdy i zachwytów, znaleźliśmy jakiś camping, zupełnie pośrodku niczego, na którym stało kilka innych samochodów. Ok, spokój, cisza, odludzie. Idealne miejsce na noc – pomyśleliśmy. W międzyczasie temperatura zdążyła spaść poniżej zera. Umyliśmy się, rozgrzaliśmy samochód, wskoczyliśmy w śpiwory i…


***

Najpierw, niepewnie dodaliśmy po jednej warstwie dodatkowych ubrań. Potem, kolejną. I jeszcze czapki i kaptury na głowy. Przykleiliśmy się do siebie w tych śpiworach jak dwie kolorowe dżdżownice. Potem, zawartością bagaży próbowaliśmy uszczelniać szpary, przez które wlatywało chłodne powietrze. Mimo wszystko sen nie przychodził – było na to za zimno. Niezależnie od tego jak byśmy się nie układali i czym nie okładali.

Głupio uparliśmy się, że oszczędzimy na noclegach, i szybko odczuliśmy tego konsekwencje. Przeoczyliśmy bowiem kilka drobiazgów – większość osób, która spała wtedy w samochodach miała wewnętrzne ogrzewanie Webasto, albo były to małe camper vany – z posłaniami, które raczej nie były ułożone bezpośrednio na zimnym podłożu (karimata okazywała się niewiele pomagać). Po fakcie dowiedzieliśmy się też, że nasze śpiwory są dobre, ale może na letnie noce w Polsce – miały dolną granicę komfortu w okolicach 5 i 0 stopni, jak widać, okazało się to za mało. Ubiór do snu też mogliśmy wybrać inny – zabrakło nam wiedzy o jakiej piszą m.in. w tym artykule.

W efekcie – ta noc dłużyła się w nieskończoność. Nie wiem, czy udało mi się choć na chwilę zmrużyć oko – miałam dziwne przeświadczenie, że jeśli to zrobię, już nigdy się nie obudzę. Po głowie, jak na złość, krążyły mi same historie o ludziach, którzy zamarzli gdzieś na dworze albo właśnie w samochodach i zastanawiałam się, czy nie mam już czasem objawów hipotermii. Co jakiś czas z nadzieją spoglądałam też za zaparowane okna, czy ciemność za nimi nie jest czasem mniej ciemna. Wydawało mi się, że jeśli tylko zobaczę jakieś ślady świtania, będzie to znaczyło, że przetrwałam.

***

O trzeciej lub czwartej nad ranem, czyli w najbardziej krytycznych dla organizmu godzinach, stwierdziliśmy, że trzeba włączyć silnik i ogrzewanie, bo inaczej będzie źle. Może odrobinę poprawiło nam to humor, ale raczej nie krążenie.
W końcu, gdzieś na godzinę przed wschodem, wyczołgaliśmy się ze śpiworów. Z trudem wciągnęliśmy kurtki i buty, co utrudniały całkowicie zesztywniałe stopy. Wyszliśmy do łazienek, w których ciepła woda wydawała się obdzierać ze skóry. Spojrzałam wtedy na swoje odbicie i… szybko naciągnęłam na oczy czapkę, a z komina zrobiłam kominiarkę. Nie chciałam widzieć siebie takiej i nie chciałam, żeby na tym odludziu ktokolwiek inny widział mnie taką. Choćby miał to być puffin czy zabłąkany baran.
Postanowiliśmy poruszać się, żeby rozgrzać mięśnie. Kilkaset metrów dalej na mapie zaznaczony był jakiś ‚cud natury’. Z entuzjazmem godnym skazańców ruszyliśmy więc w tamtą stronę. O dziwo, zdołałam zrobić nawet jakieś średnio udane zdjęcia:

islandia asbyrgi

 

islandia eyjan


Z jednej strony wiedziałam wtedy, że to co widzę, jest przepiękne i pewnie już wkrótce będę szalenie tęsknić za tym widokiem. Z drugiej strony, po głowie tłukło mi się tylko: pieprzę to, chcę już do McDonalda na gorącą kawę i hamburgera!  I tu trzeba dodać mały szczegół: problem z Islandią jest taki, że nie ma tam McDonaldów ani zbyt wielu fastfoodów w ogóle, zwłaszcza, że mówimy o północnym wschodzie, gdzie akurat się znajdowaliśmy. Poza tym, większość lokali, które nie zostały zamknięte na cały sezon zimowy (co dzieje się najczęściej już w połowie września), otwiera swoje drzwi dopiero ok. godziny 9 lub 10.

Drugi powód: właśnie znajdowaliśmy się niedaleko jednej z największych atrakcji Islandii – słynnego wodospadu Dettifoss, a chcąc dotrzeć do najbliższego miasteczka, musielibyśmy cofać się 60 km, albo jechać naprzód około 120, w obu przypadkach omijając wodospad.
W końcu jednak, zza horyzontu nieśmiało zaczęły wyłaniać się pierwsze promienie słońca. Miałam ochotę paść na kolana i bić mu pokłony. Niemal słyszałam melodię, z jaką przesuwa się po nieboskłonie, zupełnie jak w Mieście Aniołów. 
Nigdy wcześniej wschód słońca nie dodał mi tyle siły i nadziei. Po najgorszej w życiu nocy nastawał najpiękniejszy na świecie świt. 
Zjedliśmy nasz suchy prowiant i ruszyliśmy w stronę Dettifoss. Słońce coraz śmielej wspinało się po niebie, a my, ożywieni, dodawaliśmy sobie sił głupimi historyjkami z dzieciństwa.

I w końcu, po dłuższej wędrówce, zapowiadany coraz głośniejszym szumem, stanął nam przed oczami ON.  Potężny, oszołamiający, budzący respekt:



Kiedy tego dnia wreszcie znaleźliśmy nocleg w miasteczku Egilsstadir, po ciepłym posiłku i gorącej kąpieli, padliśmy na łóżka jak muchy, choć było dopiero popołudnie. Tym samym zupełnie porzuciliśmy myśl o tym, by jeszcze kiedykolwiek w życiu nocować w samochodzie osobowym.


***

Wydawać by się mogło, że po tak mocnym doświadczeniu na samym starcie podróży, nie będę zbyt dobrze nastawiona do tego kraju i moje wspomnienia o nim zostaną naznaczone tym mocno niekomfortowym (i zawstydzającym, bo świadczącym o głupocie i nieprzygotowaniu) doświadczeniem.


Nic podobnego. 

Wszystko co przeżyłam tam wcześniej i później, widzę jakby przez różowy filtr. Zupełnie jak osoby, które wspominają pierwsze chwile swojego związku, zestawiając go z przyziemną teraźniejszością. W moim przypadku romans z Islandią został brutalnie przerwany, zanim jeszcze na dobre się rozpoczął. Bo cóż to jest 10 dni spędzone razem! Dlatego wciąż myślę o niej jak o ideale, dlatego na widok jej zdjęć czuję – przysięgam – całkowicie fizyczny ból serca i dziką tęsknotę, którą staram się tłumić w zarodku, żeby samej siebie nie krzywdzić.

Zastanawiam się, czy to romantyczne złudzenie, czy może we wrześniu 2015 znalazłam swoje miejsce na Ziemi, do którego przynależę bardziej, niż do jakiegokolwiek innego.

[Czy czułeś kiedykolwiek tak mocno, że właśnie TUTAJ jest jedyne miejsce, w którym mógłbyś zapuścić korzenie, choć dotąd myśl o jakichkolwiek korzeniach budziła Twój głęboki sprzeciw?]

Nie znam odpowiedzi na te pytania, wiem tylko jedno: MUSZĘ, MUSZĘ WRÓCIĆ.


PS – polecam tekst: Skąd jesteś? na blogu Icestory.