Spoiler: piwo nie jest jedynym powodem, choć jest powodem ważnym.

Belgię? A cóż tam może być ciekawego? Sąsiednia Francja – klasyk, imprezowa Holandia, czy nawet mały, luksusowy Luksemburg – to główne obiekty turystycznych westchnień w okolicy. A Belgia pozostaje jakoś dziwnie pomijana. Nie widuję jej na listach „miejsc do odwiedzenia przed śmiercią”, nikt też nie wzdycha „ależ bym chciał zobaczyć Belgię”. I ja do niedawna tak myślałam, aż przyszło mi pomieszkać tam przez tydzień, i jak to bywa – zmienić w tym czasie zdanie o 180 stopni. Dlatego dziś przychodzę z misją zwrócenia Waszej uwagi na to niepozorne, dziwne państwo, które zdecydowanie warte jest odwiedzenia.

A dlaczego warto? Po pierwsze…

 

MIASTA, ARCHITEKTURA I WYSOKA KULTURA

 

 

Belgia ma klimat specyficzny. To nie jest państwo dla miłośników dzikiej przyrody czy odpoczynku w ciepłych krajach, ale każdy wielbiciel staromiejskich klimatów, pięknej architektury, zamków, urokliwych brukowanych uliczek i kamienic znajdzie tam coś dla siebie. Podobnie jak fan wysokiej kultury – sztuki i muzeów – jest tam wiele miejsc unikalnych na skalę światową. Nie wspominam już o wielkich, znanych na całym świecie festiwalach muzycznych: Pukkelpop czy Tommorowland.
To także gratka dla osób, które podczas jednego wyjazdu chcą zetknąć się z różnymi kulturami – w końcu Belgia jest państwem pół-francuskim, pół-holenderskim (i trochę niemieckim), a sama Bruksela – prawdziwym międzynarodowym kotłem. To idealne pole do socjologicznych obserwacji i uzupełnienia polityczno-społecznego światopoglądu o doświadczenia, a nie tylko teorie zasłyszane z wiadomości (w kolejnym wpisie opowiem Wam o moim spotkaniu z pewnym Afgańczykiem).
W ciągu intensywnego weekendu można poznać trzy najważniejsze belgijskie miasta: Brukselę, Brugię, Antwerpię – o nich za chwilę. Jeśli czasu będzie więcej, polecam także Gandawę, ze słynnym średniowiecznym zamkiem, Liege – będące pod silnym wpływem francuskim, nadmorską Ostendę, czy Leuven, w którym spędziłam aż 5 dni.

Pomiędzy tymi miastami jest bardzo łatwo się poruszać – Belgia ma jedną z najgęstszych sieci kolejowych w Europie. Wygodne pociągi kursują dość często, nawet w weekendy. Do wyboru jest kilka różnych rodzajów biletów, dzięki którym częste podróżowanie jest bardziej opłacalne (np. karnety na 10 przejazdów). Autostrad i dróg szybkiego ruchu też jest wiele, wszystkie bezpłatne.


 

BRUKSELA

 

 


Stolica Belgii to oszałamiający misz-masz – z jednej strony siedziba instytucji UE, nowoczesne biurowce i infrastruktura, z drugiej – stara, zabytkowa zabudowa, monumentalne zabytki, labirynty wąskich, brukowanych uliczek i deptaków. Dodajmy do tego mieszkankę kultur o której wspominałam i całe dzielnice różnych narodowości. Brukseli nie trzeba zwiedzać według jakiegoś planu – chodząc po niej zawsze trafi się na coś ciekawego, nietypowego, zaskakującego.

BRUGIA

 

Tutaj chyba najbardziej czuć średniowieczny klimat: stare domki i kamienice, kanały jak w Wenecji, urocze parki i skwery, imponujący rynek… a wszystko to w zasięgu spaceru, bo stłoczone jest dość ciasno, jak w wielu belgijskich miastach.

 

ANTWERPIA

 

Antwerpia zachwyca już od momentu wyjścia z pociągu na wielopoziomowym dworcu głównym, który uważany jest za jeden z najładniejszych w Europie. Poza tym znajdziemy tam dzielnicę diamentów (miasto słynie z ich obróbki), China Town, i tak trafimy do dzielnicy historycznej, gdzie na rynku króluje kościół tak potężny, że ciężko go objąć obiektywem aparatu. Idąc dalej dojdziemy do zamku Het Steen, który wygląda jak żywcem wyjęty z bajki Disneya.

LEUVEN

 

Leuven nie jest uważane za największą belgijską atrakcję, ale może być świetną i tanią bazą wypadową do pozostałych miast. Niecałe 20 minut jazdy od Brukseli, półtora godziny do Brugii, godzina i trochę do Antwerpii. Poza tym znajduje się tam zachwycający ratusz, uroczy rynek i klimatyczny Wielki Beginaż – czyli miasto w mieście. Nie mówiąc o tym, że jest tam mnóstwo knajpek, barów i restauracji, w końcu to typowo studenckie miasto, siedziba uniwersytetu założonego w XV wieku.

 

KLIMAT 

 

 

Belgia jest idealnym miejscem dla wszystkich, który wolą raczej łagodne temperatury. Nie ma tam specjalnie upalnego lata, ale i zima jest łagodna (przez większość wyjazdu – przypominam, w grudniu, mieliśmy tam 10-12 stopni i słońce). Dodatkowa zachęta do odwiedzenia Belgii zimą – te miasta ożywają przed świętami. Świąteczne ozdoby i iluminacje są, w mojej opinii, o wiele ładniejsze i bardziej wysmakowane od naszych.


JEDZENIE (I PICIE)!

I last but not least, czyli coś dla smakoszy. Jeśli hasztag #foodtrip nie jest Ci obcy, i za ciekawymi smakami potrafisz zjeździć świat, to na pewno na Twojej liście „do spróbowania” znajdują się cztery pozycje:

 

– Belgijskie frytki 

 

Są   zdecydowanie inne niż to, co znamy z naszych fast foodów albo torebek z działów z mrożonkami. Podobno robi się je ze specjalnego gatunku ziemniaka. Cięte są w łódeczki czy też rybki (?), przynajmniej na grubość centymetra, a następnie smażone dwukrotnie, za każdym razem w innej temperaturze i na tłuszczu zwierzęcym. Najczęściej podaje się je z majonezem, choć każda frytkarnia, czyli frituur albo friterie ma do wyboru kilka(naście) różnych sosów. Aha – nie mów Belgom, że to Francuzi odkryli frytki, bo się obrażą!

– Belgijskie gofry 

Wspominając Belgię, będę czuła przede wszystkim słodki, lekko waniliowy zapach gofrów. Sprzedawane są niemal w każdym zakątku miast, w cukierniach, specjalnych budkach lub food truckach. Robione są z drożdży, jajek i stopionego masła i również nie przypominają gofrów, które znamy z nadmorskich deptaków. Są bardziej chrupiące, lekkie i dostępne z tyloma dodatkami, sosami, posypkami, ile można sobie zamarzyć. Oprócz prostokątnych są gofry owalno-kanciaste i wydłużone, na patyku, przypominające lody.

– Belgijskie czekoladki 

 

Które państwo bardziej kojarzy się z czekoladą, jeśli nie Belgia? To tutaj robi się taką prawdziwą, ze 100% masła kakaowego, to tutaj produkuje się jej ponad 100 ton rocznie. A smaków i rodzajów czekolad i pralinek jest tyle, że przyprawia to o zawrót głowy. Niektóre ceny też – co powiecie za 15 euro za jedną pralinkę?

– Narodowa potrawa – czyli mule (małże)… z frytkami i majonezem

Mule czy też małże to dość wytrawna potrawa, która często przyrządzana jest przez gotowanie w białym winie i podawana w wykwintnych restauracjach. Nie przeszkadza to jednak by Belgowie zestawili je z frytkami i oczywiście nieodłącznym majonezem – na karcie dań znajdziecie jako moules et fritesť. My żeby było taniej, przyrządziliśmy je w domu. Nie ma problemu z dostaniem świeżych małży w belgijskich supermarketach. Jakichkolwiek innych owoców morza z resztą też.

Oczywiście nie samym jedzeniem człowiek żyje, więc czas na mój ulubiony podpunkt, który podczas pobytu w Belgii codziennie lulał mnie do snu, czyli…

PIWA!

 

Kto raz skosztuje belgijskich piw, ten boleśnie zachowa ich wspomnienie, otwierając kolejny, płaski w smaku polski browar. W Belgii warzonych jest podobno ponad 500 gatunków piw, które mają naprawdę wyjątkowe smaki (i nazwy), ale najciekawszą rzeczą jest to, że trudno dostać piwo o mocy do której przywykliśmy w Polsce, czyli ok. 5%. Tutaj większość ma od 6 do 9%, a są i takie 12% (Trapisten). I wcale nie uchodzą one za trunki z niższej półki, dla niewybrednej klienteli, jak choćby nasze Karpackie. Intensywny smak przysłania tę moc.

W ciągu tygodnia pobytu, przy okazji degustacji kolejnych rodzajów piwa, spożyłam tu tyle alkoholu, ile normalnie wypijam chyba w kwartał. Fanom owocowych piw polecam szczególnie wiśniowy, korkowany Kriek, który w niczym nie przypomina naszych pilsów ze słodkim syropem. Właściwie o każdym z tych piw mogłabym napisać poemat, ale skończę na tym, że Belgia powinna być mekką każdego piwosza.

 

DOSTĘPNOŚĆ

Belgia i wszystkie powyższe atrakcje są od nas tak naprawdę o rzut kamieniem. Podróży tam nie trzeba długo planować, wystarczy zaledwie kilka godzin, żeby się tam znaleźć. To idealna opcja na weekendowy city-break albo dłuższy wypad.
Bez problemu można znaleźć tanie bilety do lotniska w Charleroi, które jest niecałe 50 km od Brukseli – dolecimy tam Wizzairem z Warszawy i Gdańska, lub Ryanairem z Modlina i Krakowa. Ostatnio były bardzo duże obniżki cen w tym kierunku, dało się kupić bilety w 2 strony nawet poniżej 50 zł. Tradycyjnymi liniami dolecimy jeszcze bliżej Brukseli, na znajdujące się 11 km od niej lotnisko Zaventem, tyle że będzie drożej. Ale nie ma problemu z dojazdem z Charleroi do głównych belgijskich miast – jak wspominałam, sieć autostrad i kolei jest bardzo rozwinięta, a jeśli kupimy odpowiednie bilety, np. weekendowe czy karnety 10-przejazdowe – każdy odcinek podróży wyjdzie tanio.

W zależności od obniżek cen można też kupić tanie bilety lotnicze do holenderskiego Eindhoven albo nawet do Paryża i stamtąd również dotrzeć pociągami lub autokarami – połączeń jest sporo.

 

***

 

PS – w następnym poście opowiem Wam o tym, co w Belgii zaskakuje i szokuje –  czyli o wszystkich dziwactwach i ciekawostkach, z jakimi się zetknęłam podczas pobytu i których dowiedziałam się od tam-bylców.

PS2 – powiedzcie, że choć trochę Was zachęciłam do odwiedzenia Belgii!