Kiedy patrzy się na nich z boku, wydaje się, jakby byli wycięci z obrazka w jakimś katalogu. Martyna – delikatna blondynka, specjalistka od marketingu, która w wolnych chwilach wyżywa się kreatywnie, malując. I Marcin – postawny brunet, wyższego szczebla pracownik banku, z niewymuszonymi manierami gentlemana. Młodzi, piękni, inteligentni. Gdyby jeszcze byli sławni, ich seks-taśma zrobiłaby fortunę. Do tego – jak zawsze powtarza ona – doskonale się dogadują, bo przez te sześć lat bycia razem wypracowali szereg metod skutecznej i uczciwej komunikacji. Głównie na podstawie poważnych i nudnych podręczników, traktujących relacje międzyludzkie jak równania, które zawsze da się rozwiązać.

Tyle, że w ich równaniu pojawiła się jedna niewiadoma. I właśnie dlatego Martyna odezwała się do mnie, bez uprzedzenia przechodząc z luźnej znajomości, jaka nas do tej pory łączyła, do stanu podwyższonej szczerości. Bo podobno znam się na psychologii. I bo komuś nie-tak-bliskiemu łatwiej powiedzieć. Challenge accepted.

– Adama poznałam przez Internet. I na razie znamy się tylko tą drogą – zaczyna z grubego kalibru, a ja nastawiam uszu i oczu, żeby nic mi nie umknęło. Adama? Przez Internet? NA RAZIE?!

Będzie ciekawie, myślę, a jej dalsze słowa tylko to potwierdzają.

 

***

 

– Dużo udzielam się na forum dla malarzy amatorów, no i on też tam był. Kiedyś napisałam w jakimś wątku parę pytań, on mi wyczerpująco na wszystkie odpowiedział. Potem dodaliśmy się na Facebooku i co jakiś czas wymieniamy się wiadomościami. On mi podrzuca jakiegoś ciekawego bloga, ja mu filmik, to porozmawiamy o malarstwie flamandzkim, to o sztuce dekadencji, czasem coś tam ogólnie o życiu… Takie wiesz, zupełnie normalne rozmowy dwóch osób, które mają wspólne hobby.

Pytam, czy w tych normalnych rozmowach nigdy nie było podtekstów, gryząc się jednocześnie w język za tak szybkie przejście do sedna. Ale Martynie wydaje się to być na rękę, albo nie zwraca na to uwagi.

– No… niby nie. To znaczy – ja ich tam nie widziałam. Ale któregoś razu Marcin zainteresował się do kogo tak piszę, i zapytał, czy pokażę mu tą korespondencję. Oczywiście się zgodziłam, bo nie czułam, żebym miała coś do ukrycia. A on przeczytał i stwierdził, że… że Adam na mnie leci! – końcówkę zdania wypowiada przytłumionym głosem, choć w tym ciemnym kącie, gdzie siedzimy, nikt nie ma szans nas usłyszeć.

– A leci?

– No właśnie, teraz nie wiem – okrywa się szczelniej swetrem. – Ale nie to jest najgorsze.

 

Ona milknie, więc i ja milczę, patrząc jej w oczy, co zgodnie z niedawno poznanym lifehackiem, powinno ją zachęcić do kontynuowania wypowiedzi. I rzeczywiście zachęca, ale poprzedza to seria ciężkich westchnięć. Kilka razy otwiera i zamyka usta, jakby przymierzała do nich słowo, od którego powinna zacząć.

– Dziwnie będzie to wypowiedzieć na głos, ale zwariuję, jak tego nie zrobię. Przepraszam, że musiało paść akurat na ciebie – mówi w końcu, a ja w odpowiedzi wykonuję niezręczną pantomimę mrugnięć i potakiwań, o trojakim znaczeniu: że to nic, że przecież rozumiem, i że do mnie, to jak w dym.

– No więc, odkąd mieliśmy tą rozmowę z Marcinem, nie mogę przestać o nim myśleć – ciągnie dalej. – To znaczy o Adamie. I zastanawiam się, czy on rzeczywiście może traktować naszą znajomość w ten sposób. Przewertowałam wszystkie maile i wiadomości, i to, na co zwrócił uwagę Marcin, rzeczywiście jest trochę dwuznaczne. Wcześniej w ogóle bym nie spojrzała na to w ten sposób. A teraz – jakbym zaczęła go widzieć innymi oczami. Jakby coś mi się przestawiło. Wyczekuję aż znowu do mnie napisze, a za każdym razem jak otwieram Facebooka i widzę przy nim to zielone światełko, czuję jakby ściągał mnie silny magnes… – jej głos nabiera zrezygnowanego tonu. – Zaczęłam  nawet zastanawiać się, jak to zrobić, żeby się z nim spotkać. Gdyby nie mieszkał na drugim końcu kraju, pewnie już bym to zaaranżowała. To jest aż męczące, bo na niczym innym nie mogę się skupić.

– Czy on ci się w ogóle podoba? – pytam z głupia frant, ale chyba daję jej tym do myślenia. Przez chwilę wodzi oczami w górę i na boki, jakby skanowała w myślach jego zdjęcie.

– Nie zastanawiałam się nad tym jakoś specjalnie. Przynajmniej nie nad jego wyglądem. Jest w nim coś, co mi się podoba, ale najbardziej działa na mnie sposób, w jaki on myśli. Jest taki… no nie wiem, wewnętrznie wyciszony? W każdym razie do mnie to trafia. No i mogę z nim porozmawiać na tematy, na które nie mogłabym z nikim innym. Nawet z Marcinem. Wiesz, czuję się jak idiotka, bo wygląda to tak, jakbym niechcący się zakochała.

Milczymy przez chwilę rażone siłą tego wyznania.

***

Żeby zyskać chwilę do namysłu pytam, czy napije się czegoś jeszcze. Grzaniec? Grzaniec. Składam zamówienie i nie mogę pozbyć się wrażenia, że już gdzieś widziałam kelnerkę. Duże ciemne oczy, śmieszne usta… Amelia! I nagle coś, co chodziło mi przez ten cały wieczór po głowie, zyskuje wyraźniejszy kształt. Dotykam ciepłego szkła, upijam łyk i układam sobie w głowie to, co chcę powiedzieć.

– Oglądałaś „Amelię”?

Potakuje, więc ciągnę dalej.

– Był tam jeden bardzo ciekawy motyw. W kawiarni, razem z Amelią pracowała wiecznie niezadowolona z życia dziewczyna, przychodził też tam jakiś dziwny typ. Amelia wymyśliła sobie, że ich zeswata i wykorzystała starą jak świat metodę: każdemu z nich powiedziała, że to drugie o nich myśli. Ziarno padło na podatny grunt, tamci zaczęli się doszukiwać w sobie tego, co im wskazano, w końcu nie wytrzymali i się na siebie rzucili.

– Pamiętam – kiwa głową zdziwiona.

– Nie widzisz tu jakiejś analogii? Zwyczajnie dałaś się wrobić. I to komu, swojemu mężowi. Chociaż wierzę, że zrobił to zupełnie nieświadomie. Więc po części możemy cię rozgrzeszyć. Ale czekaj, nie ciesz się jeszcze, bo tylko po części – uprzedzam. –  Psycholodzy też już potwierdzają, że możesz w dwóch osobach wywołać zakochanie, jeśli tylko sprawisz, że wejdą w jakieś intymne sytuacje, na przykład zagrają parę. Ilu aktorów zaczyna ze sobą być, po tym jak grali razem w filmach? Niedawno było też głośno o eksperymencie: dobrano w pary nieznajomych, kazano im odpowiadać sobie nawzajem na kilkadziesiąt osobistych pytań, a potem przez parę minut patrzeć w oczy. Później ci ludzie przyznawali, że poczuli namiętność. A jedna z par nawet po jakimś czasie wzięła ślub, na który zaprosiła naukowców. Zakochać można się niemal na zawołanie, ktoś może to w nas zwyczajnie indukować, wystarczy, że będą sprzyjające okoliczności.

Widzę jej lekkie przerażenie, więc wysilam mózg, żeby zakończyć to właściwą puentą.

– Ogólnie są dwa składniki zakochania: pobudzenie i odpowiednia interpretacja tego pobudzenia. Jeśli więc coś wznieci twoje emocje, a w pobliżu będzie jakaś osoba, możesz to przypisać jej… To znaczy możesz uznać, że to przez nią jesteś podekscytowana, szybciej wali ci serce i tak dalej. Wszystko zależy jak to zinterpretujesz, jakie nadasz temu znaczenie. Wiem co mówię, bo my pierwszego dnia znajomości byliśmy razem na koncercie, a drugiego w wesołym miasteczku i robiliśmy różne szalone rzeczy – uśmiecham się do swoich wspomnień. – Nietrudno się zakochać w takich warunkach. Ale zmierzam do tego, że chociaż okoliczności mogą cię wrobić, to jednak w pewnym sensie wybierasz, czy w to dalej idziesz, czy może uznajesz wszystko za darmowe narkotyki, które zesłał ci los, i po zażyciu wracasz do swoich spraw. Jeśli wybierzesz, że chcesz tego więcej, to… – zastanawiam się chwilę jak dobrze to ująć, aż Martyna zaczyna się niecierpliwić.

– No mów!

– Jak chcesz to usłyszeć: mam być miła czy szczera?

– No jasne, że szczera – obrusza się.

– Dobrze, tylko nie miej mi za złe. Myślę, że u ciebie to całe pobudzenie przyszło w momencie, kiedy miałaś starcie z mężem o waszą korespondencję i te wszystkie emocje zinterpretowałaś na korzyść Adama. Zaczęłaś o tym intensywnie myśleć, zastanawiać się co to znaczy, a potem już poszła samonakręcająca się maszynka: im więcej myślałaś, tym bardziej byłaś pobudzona, im bardziej pobudzona, tym bardziej wiązałaś to z jego osobą, tym bardziej ją idealizowałaś. Ale nie to jest najgorsze.

– Więc co?

– To, że sobie na to pozwoliłaś. To znaczy, że jest w tobie puste miejsce, w które on się wpasował, a którego nie wypełniał Marcin. Albo inaczej: nie wypełniał tak idealnie, jakbyś chciała. Z tym brakiem ideału da się żyć, da się nad tym pracować, ale tak jak mówię, to kwestia wyboru. I nie wybierasz raz, a musisz robić to już przez cały czas. Powtarzać swój wybór, utrwalać go, czasem totalnie pod górkę.

– Ja pierdolę – wyrywa jej się.

– No.

***

Jakiś tydzień później, telefon. Słyszę jej głos, jakby lżejszy.
– Dałaś mi do myślenia. Chciałam ci tylko powiedzieć, że wyrzuciłam go ze znajomych, usunęłam konto na tamtym forum i robię miejsce dla Marcina. Wiesz, w tych wszystkich pustych miejscach.
Milczymy przez chwilę obie.
– Napisz o tym – dodaje. – Ludzie to powinni wiedzieć. A nikt nas tego nie uczy, poza filmami, w których za każdym porywem serca trzeba iść, biec, wskoczyć do pociągu albo nie wsiąść do samolotu, bo to przeznaczenie i może właśnie tracisz swoją jedyną, wyjątkową szansę na znalezienie bardziej idealnego ideału. Nawet jak już wybrałaś sobie inny i nawet jak to wszystko ci się wydaje, bo wypiłaś za dużo kawy albo właśnie zeszłaś z rollercoastera – wyrzuca jednym tchem. – Zmień imiona, miejsca, szczegóły, ale napisz.
No i napisałam.