Jakiś czas temu przeprowadziłam w swojej kuchni małą rewolucję. Zrozumiałam jak wielkie znaczenie dla zdrowia ma dieta i jak potrafi zmieniać ona samopoczucie i wygląd. Zrozumiałam też, że lepiej i taniej jest zapobiegać, niż leczyć. Unikam rafinowanych produktów, staram się też nie jeść przetworzonej żywności. Razem ze świadomością oddziaływania żywności, przyszła do mnie też refleksja na temat kosmetyków, jakich używam.

 

Pozbyłam się już zwyczaju zbieractwa, gromadzenia zapasów i kupowania każdej nowości, na jaką zapanuje moda w sieci, ale czasem zapominałam o jednej rzeczy – o tym, jak przepuszczalna jest skóra i jakie niesie to ze sobą implikacje.Powierzchnia wchłaniania skóry to około 2 metry kwadratowe. To, co przez nią wnika, trafia bezpośrednio do naczyń krwionośnych i roznosi się po całym ciele. Niby to, co wchłaniamy drogą pokarmową, też trafia do krwi, jednak wcześniej przechodzi jeszcze przez wątrobę, w której oczyszcza się z toksyn. To sprawia, że niektóre substancje są znacznie groźniejsze gdy nakładamy je na skórę, niż gdybyśmy je zjedli. W taki sposób bardziej ryzykujemy, że odłożą się gdzieś w środku nas i zakumulują w toksyczne złogi. Jeśli więc dbamy o swoje zdrowie, racjonalnie się odżywiamy, nie możemy zrezygnować też ze zdrowej, świadomej pielęgnacji. A zdrowe – najprościej mówiąc – jest to, co pochodzi od natury. I to, czego w tej naturze jeszcze nie zdążyliśmy zanieczyścić.

 

KOSMETYKI DROGERYJNE A NATURALNE

 
 

 

Nie ma jednej, usankcjonowanej prawnie definicji kosmetyków naturalnych. Powszechnie przyjęta jest ta, że są to produkty ze składników występujących w naturze, czyli roślin i minerałów, pozyskane bez szkody dla zwierząt. To różni je od tradycyjnych, drogeryjnych kosmetyków, w których mogą występować substancje syntetyczne i które bywają testowane na zwierzętach. Korzystając jednak z luki prawnej, wielu producentów wykorzystuje hasło ‚naturalne’ do swoich kosmetyków, które wcale takie nie są, albo zawierają tylko jeden naturalny, modny składnik, np. taki olej arganowy, wciskany teraz niemal wszędzie. Wielu osobom wystarczy deklaracja jego obecności w kosmetyku, nie sprawdzają jednak jak dużo go tam jest i co tak naprawdę ‚wspiera’ jego działanie.

 

KOSMETYKI NATURALNE A ORGANICZNE 

 
Nie każdy kosmetyk, który jest naturalny, jest jednocześnie organiczny. Pierwsze pojęcie jest szersze, drugie obejmuje wyłącznie kosmetyki, które posiadają certyfikaty zaświadczające, że w ponad 90% składają się z naturalnych składników, pochodzących z upraw ekologicznych albo kontrolowanych dzikich zbiorów. Oznacza to, że ani rośliny, ani ziemia na której wyrosły, nie miały styczności z chemicznymi nawozami. Składniki takiego pochodzenia pozyskiwane są też bezpiecznymi dla środowiska metodami, np. destylacją z parą, suszeniem, czy mieleniem. Utrwala je się naturalnymi konserwantami, np. olejkami eterycznymi czy solą, stąd też mają często krótszy termin ważności (dla balsamów czy kremów – 6 miesięcy zamiast zwyczajowych 12). Nie znajdziemy w nich pochodnych ropy, silikonów, SLS, czy PEG-ów, ani sztucznych barwników i aromatów. Dodatkowo, firmy produkujące kosmetyki organiczne pakują je zwykle do biodegradowalnych opakowań, stosują recykling i mają pro-ekologiczną politykę. Czyli korzyść dla naszej skóry jest jednocześnie korzyścią dla środowiska. Win-win.
Jak odróżnić zwykły kosmetyk naturalny od organicznego? Wystarczy szukać na jego opakowaniu znaczku któregoś z certyfikatów ECOCERT, NaTru, Cosmebio, Cosmos, Soil Association, albo BDIH.

 

MASŁO DO CIAŁA BE ORGANIC – MOJA RECENZJA

 
Jakieś dwa miesiące temu dostałam w ramach współpracy produkt nowej, polskiej marki kosmetyków organicznych – Be Organic. Firmę założyły matka i córka szukające przede wszystkim pielęgnacji dla samych siebie. Powstanie takiej marki cieszy, bo póki co mało jest u nas producentów, którzy w takim stopniu stawiają na naturę. Kosmetyki te można dostać w dobrych aptekach, a najprościej chyba na ich stronielink bezpośrednio do tego masła: beorganic.com.pl/sklep/maslo-do-ciala-2.html
Masło jak każdy z 7 produktów Be Organic, zamknięte jest w porządnym, dość minimalistycznym opakowaniu. Z zewnątrz ochrania je jeszcze tekturowy kartonik, do którego firma wrzuca w prezencie nasiona różnych roślinek, np. ziół. Po otwarciu czujemy delikatny, ziołowy zapach, ale nie jest to mocna woń, która długo utrzymuje się na skórze. Jak na masło przystało, jego konsystencja jest gęsta i treściwa, choć wchłania się przy tym dość szybko. Biała warstwa znika od razu po rozsmarowaniu, uczucie tłustości chwilę później. Można więc z powodzeniem stosować je latem albo wieczorem, przed pójściem do łóżka.Jakie są efekty dłuższego stosowania? U mnie różnica zauważalna jest przede wszystkim na skórze nóg. Jeszcze na początku lata była bardzo przesuszona, co miało pewnie związek z moim zdrowiem. Teraz nadal nie jest idealnie nawilżona, ale nie widać też już na niej takiej siateczki suchych linii, jak wcześniej. Podejrzewam, że efekt byłby jeszcze lepszy, gdybym była regularna w smarowaniu.

Masło ma pojemność 200 ml i kosztuje 53 zł, jednak jest dość wydajne. Porcja wielkości małego orzecha włoskiego starcza mi na całe nogi. A co jak co, nogi mam długie ;) Czy za taką cenę opłaca się je kupić, musicie odpowiedzieć sobie sami. Wszystko zależy… od tego na czym Wam zależy podczas pielęgnacji.  Ja obecnie dążę do tego by stosować wyłącznie pojedyncze, naturalnego pochodzenia produkty (np. oleje, glinki, hydrolaty), albo ich mieszanki, takie jak serwuje m.in. Be Organic. Nie zamierzam już wsmarowywać w siebie byle czego, co akurat znalazło się pod ręką, przyszło jako dar losu, albo było w promocji. Te czasy minęły.
PS – Co jakiś czas będę wspominać tutaj o naturalnych lub domowej roboty kosmetykach, a w przyszłości być może także o naturalnych sposobach na sprzątanie mieszkania –  i tej chemii mam ochotę pozbyć się ze swojego otoczenia.