Miałam pisać dzisiaj o czymś zupełnie innym (podobnie jak wczoraj, przedwczoraj i przed-przedwczoraj), ale za każdym razem kiedy włączałam edytor tekstu i podejmowałam próbę powiedzenia Wam czegoś elokwentnego albo rozwinięcia któregoś z tematów zapisanych jako wersje robocze… czułam, że nie mam na to ani siły, ani ochoty. Właściwie od jakiegoś czasu siedzi mi w głowie tylko jeden temat, więc postanowiłam wreszcie go tu z siebie wyrzucić.
Po częstotliwości mojego pisania w maju i czerwcu możecie się domyślać, że nie mam ostatnio czasu. I taka jest część prawdy. Pisanie zleceń związanych z pracą, zarządzanie kontaktami z osobami, które czegoś ode mnie chcą i odbębnienie domowych obowiązków do akceptowalnego stanu… zabiera mi teraz dwa razy więcej czasu niż kiedyś. To nawet nie to, że tych rzeczy przybyło. To raczej kwestia tego, że autentycznie nie mam siły i samo zebranie się rano do kupy urasta do rangi wyczynu (ratują mnie tylko zimne prysznice). Kolejnym wyczynem jest przebicie się przez mentalną mgłę, w której gapię się tępo na biały ekran edytora tekstu, nie wiedząc, co miałam napisać. Dzieje się tak, bo organizm postanowił wystawić mnie na jakąś dziwną próbę i pod przykrywką choroby autoimmunologicznej (albo innego czorta, diagnoza jest niepewna) zabiera mi witalność, motywację, urodę i obniża umysłową sprawność – dosłownie, bo myślę teraz wolniej niż kiedyś.
Ktoś mógłby powiedzieć – to idealny czas, by zrobić sobie wakacje! Ktoś inny, ale nie ja. Czuję się trochę jak w pułapce, w którą sama się zapędziłam. Osoba, która stara się motywować innych, pisze o sposobach na szczęście, na rozwój, nagle ma sobie to wszystko odpuścić i po prostu sobie bezsilnie wegetować? Niespecjalnie szczęśliwa, zatrzymana w rozwoju i zupełnie nieproduktywna?
Na to wygląda.
 

SZCZĘŚCIO-PRZYMUS

Jak bumerang wraca do mnie niedawny wpis Happyholic, która prowadzi bloga poświęconego szeroko pojętemu szczęściu – stara się dotrzeć do jego istoty, znaleźć na nie sposoby. I która przyznała się do tego, że ostatnio cierpi z powodu przedłużającej się chandry. Wtedy już powoli czułam, że jest mi to w jakiś sposób bliskie.Skojarzyłam to wszystko z wynikami badań, które mówią wyraźnie: osoby przykładające większą wagę do szczęścia jako wartości, idei, częściej czują się samotne i zestresowane, jeśli coś negatywnego wydarzy się w ich życiu. 

Gdy stawiamy sobie za cel osiągnięcia szczęścia, albo gdy uważamy, że szczęście przyjdzie, jeśli spełnimy określone warunki (zawodowy sukces, pozycja, pieniądze, związek) – jesteśmy bardziej narażeni na rozczarowania. Wszystko wskazuje na to, że prawdziwe szczęście może być jedynie produktem ubocznym, a nie celem samym w sobie i że nie ma sensu za nim gonić. To tak jak z tymi wszystkimi poradami na temat miłości, która pojawia się wtedy, kiedy odpuszczasz i przestajesz jej na siłę szukać.
Jak to się dzieje, że te wszystkie banalne coelhizmy są takie trafne?

ROLA NEGATYWNYCH EMOCJI

 

Na szczęście musi składać się też umiejętność akceptacji trudnych emocji, których czasem nie da się wyeliminować. Odrzucenie jednego rodzaju emocji nie pozwala bowiem w pełni przeżyć innych. Nie pozwól sobie na płacz, słabość, a zubożysz w ten sposób swoje przyszłe szczęście i będziesz gorzej radził sobie z problemami. Albo, co gorsza, odetniesz się od tej części życia, w której one występują i zupełnie stracisz z nią kontakt. Skutków można się tylko domyślać.
Pamiętam jak na studiach jeden z prowadzących zajęcia psychologów zapytał nas: gdybyście mieli wybrać tylko jeden rodzaj emocji do przeżywania przez resztę życia, to byłyby to pozytywne czy negatywne? Cała grupa bez wahania wybrała pozytywne. Nasz prowadzący wręcz przeciwnie: gdybym stracił możliwość odczuwania negatywnych emocji, skąd miałbym wiedzieć o niebezpieczeństwie, o tym, co jest dla mnie niekorzystne, jak miałbym się rozwijać, jak mógłbym odkryć coś nowego?  I taka jest właśnie rola negatywnych emocji, które trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i pozwolić sobie na ich przeżycie. Każde takie doświadczenie może być wzbogacające, jeśli tylko mu na to pozwolimy. Grunt to równowaga. Choć wielu motywatorów, trenerów rozwoju i coachów wszelkiej maści wydaje się twierdzić, że możemy osiągnąć stan permanentnego szczęścia i choć o szczęściu, optymizmie, chwytaniu życia i wszystkich innych ultrapozytywnych rzeczach krzyczą nagłówki… trzeba umieć się przeciwstawić temu szczęścio-terrorowi i czasem zwyczajnie „pogrążyć się w otchłani rozpaczy”, jakby to powiedziała Ania Shirley.

Nie sądziłam, że kiedyś zacytuję tu Biblię, ale ten fragment pasuje teraz do mojego życia jak pięść do oka (metafora na miarę aktualnego nastroju):

Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem:
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,
czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania,
czas płaczu i czas śmiechu,
czas zawodzenia i czas pląsów,
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania,
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich,
czas szukania i czas tracenia,
czas zachowania i czas wyrzucania,
czas rozdzierania i czas zszywania,
czas milczenia i czas mówienia,
czas miłowania i czas nienawiści,
czas wojny i czas pokoju.

 
Dla mnie najbliższy czas będzie więc czasem płaczu, leczenia i milczenia – przynajmniej dopóki nie zadziałają na mnie piguły, które właśnie zaczęłam brać, albo nie nauczę się funkcjonować w tych zmienionych warunkach. Wiecie, nadal tu jestem i będę, tylko trochę rzadziej i pewnie mniej ambitnie. Ale mam w planach wrócić do dawnej rutyny.
A Wy dbajcie o siebie.