Co widzisz, kiedy patrzysz w lustro i nie masz na sobie niczego, co zasłania Twoje ciało? Ile jest w nim modyfikacji, które nie były Ci dane od urodzenia i które spowodowały, że zbliżasz się ze swoim wyglądem do kontrolowanego projektu? Czy te zmiany sprawiają, że czujesz się wreszcie w tej skórze jak w swojej skórze? Jaką super moc daje Ci ten rysunek na ciele lub kolczyk w wardze?

***

Mając lat x-naście byłam święcie przekonana, że kiedy tylko wyrwę się spod kurateli rodziców, za pierwsze zarobione pieniądze zrobię sobie tatuaż. Głównym motywem, który mną kierował była chęć ostatecznego odcięcia pępowiny i pokazania, że moje ciało jest MOJE, tylko i wyłącznie moje, a skoro mogę o nim stanowić, to muszę czym prędzej dać temu wyraz. Nie ważne CO, ważne ŻE. Cieszę się, że wtedy jednak się na to nie zdecydowałam, bo prawdopodobnie dzisiaj szpeciło by mnie coś, na co nawet nie chciałabym patrzeć. Widzę to oceniając tatuaże znajomych zrobione tuż po 18-tce czy jeszcze wcześniej, w tajemnicy i nielegalnie.
Później, na studiach, odepchnęłam na chwilę myśl o tatuażu, bo brakowało mi w życiu czegoś na tyle stałego, by mogło stać się moim emblematem, znakiem rozpoznawczym, amuletem. Te ciągle się zmieniały i rozmywały jedne po drugich, z każdym zgromadzonym doświadczeniem, z każdym odrzuconym  złudzeniem na temat rzeczywistości. Zmieniały się też kolory na mojej głowie – zupełnie tak, jakbym przymierzała różne wersje siebie do stałego szablonu i sprawdzała, która pasuje bardziej, korzystając z tego, że zmiana jest odwracalna (a może po prostu za dużo naoglądałam się anime, które od dzieciństwa wkłada nam do głów, że nie ma nic naturalniejszego od dziewczyny o różowych włosach). Nie obyło się również bez świadomych modyfikacji ciała, po których rok później zostały już tylko dziura w języku, w pępku i cztery w uszach. Ślad na ciele po nich mam niewielki, ale w pamięci – nie do przeoczenia. Każde spojrzenie na nie jest jak wycieczka do stanu umysłu, który gościł we mnie, kiedy się na nie decydowałam. Nieco przerażająca wycieczka.
Po studiach przyszły kolejne zmiany i przewartościowania. Zyskałam coraz większą pewność, że przyjmowanie pewnych zasad i ideologii jako filarów swojej osobowości mija się z celem, bo tylko prowokuje kolejne wewnętrzne rozpady i konieczność ciągłego budowania siebie od podstaw. Zamiast tego postawiłam na trwanie w stanie flow – w którym idee przepływają przeze mnie, a ja odsiewam z nich co najlepsze, biorę to na swój młyn i przetwarzam tak, by na bieżąco wspomagały moje funkcjonowanie i dążenia, kiedy zaliczam kolejne życiowe levele. Nie nastawiam się jednak na ich trwałość i ostateczność. Z tego powodu też nie wyryłam sobie na podbrzuszu kwiatu lotosu, znaku OM na karku, czy kilku wybranych nut na przegubie, choć przez chwilę mocno czułam, że to właśnie mogą być te MOJE symbole. Jeśli jedyną stałą rzeczą w świecie pełnym zmian ma być rysunek na ciele, to chyba nie jest to wystarczająco mocna kotwica.
Zawsze gdy przychodził mi do głowy taki pomysł, zadawałam sobie pytanie: dlaczego właściwie, po co chcę to zrobić? – i nie znajdowałam żadnej sensownej, przekonującej odpowiedzi. Przecież nie wszystko, co mieszka przez chwilę (bo w zestawieniu z długością całego życia to są chwile) w moim umyśle, muszę zapisywać też na ciele. Gdyby tak było, mogłabym już teraz zamienić skórę w brudnopis, tyle że bez opcji wyrwij-wymaż-skreśl. Kiedy myślę o samej idei tatuowania, sięgam do czasów, gdy tatuaż był PIĘTNEM. I tak głównie go postrzegam – nie w sensie negatywnym, bo istnieją również piętna, które wyznaczają przynależność, lojalność, oddanie, albo symbolizują charakter naszego przeznaczenia. Jeśli ktoś umie określić je jasno i  chce przez całe życie nimi emanować – mogę mu tylko pozazdrościć, że już na tym etapie odnalazł tak wyraźny cel, drogowskaz, czy wartość ponad wartościami. Gdybym miała, gdybym znała coś takiego, z niekłamaną przyjemnością przyjęłabym ból płynący spod igły. Ale nie mam –

i nie chcę tatuować się tylko po to, żeby:

 

  • móc wpisywać się w kanon człowieka, który modyfikuje ciało – to już nie ten wiek, gdy wzmacniała mnie tak wyraźna przynależność do grupy czy subkultury;
  • każdy mógł odczytać z  mojej ręki czy nogi to, kim jestem – nie chcę, by to tatuaż pełnił rolę mojego bio, wolę, by kiedyś była to książka lub po prostu nazwisko, a w tłumie chcę czuć się anonimowa;
  • poczuć się piękniejszą to zależy tylko od stanu mojego umysłu i zdrowia, rysunek na ciele może zmienić to na chwilę, ale na pewno nie na stałe;
  • podkreślić seksualność – tatuaże (i kolczyki) w miejscach niewidocznych dla oczu przechodnia  stanowią często rodzaj bonusu i niespodzianki dla tego, kto nas rozbiera, ale jeśli ten ktoś jest już tylko jeden – bardziej zaskoczy go na pewno nowe zachowanie, niż po raz setny odkrywany rysunek;
  • prowokować do zwracania na mnie uwagi/wyrażać siebie na zewnątrz ten etap też już mam za sobą, odszedł w niepamięć razem z wyzywającym ubiorem, ciągłymi zmianami kolorów na głowie, wewnętrznym przymusem posiadania makijażu i kokieteryjnego zachowania nawet tam, gdzie nie szukałam okazji. Normcore, naturalność są może mniej pasjonujące i nie przyciągają tyle spojrzeń, ale pomagają wrócić do esencji, czyli stanu, w którym aby móc o kimś coś powiedzieć, należało zapytać, co sądzi na wybrane tematy, a nie patrzeć na jego ubiór czy inne maskujące/odkrywające środki wyrazu. Być może podchodzę do tego zbyt poważnie, czasem nawet wydaję się sobie z tym nudna, ale zgodnie z napisem na zdjęciu: nothing truly beautiful ever asks for attention;
  • przypominać sobie codziennie o tym, kim jestem bo na to nie ma odpowiedzi na tyle wyraźnej, by zawrzeć ją w jednym czy nawet kilku rysunkach i symbolach, więc taka charakterystyka sprowadzałaby mnie całą tylko do wybranych aspektów (a ja chcę rozwijać się wielowymiarowo);
  • pokazać sobie, że jestem wytrzymała na ból/poigrać z uczuciem bólu to, że mogę wygrać z bólem pokazały mi już wystarczająco doświadczenia, które mam na koncie i z których wyszłam (w większości przypadków) bez śladów na ciele; a jeśli chodzi o kwestię endorfin, które pojawiają się po odbyciu takiej bolesnej sesji – również istnieją sposoby, dzięki którym można odczuwać je częściej i bez śladów. Można, ale też pytanie – po co?
  • móc powiedzieć: yolo – spontaniczne i szalone decyzje na temat czegoś nieodwracalnie zmieniającego ciało? Po prostu przeczytajcie sobie na głos jak brzmi to zdanie.  I nie, nie chodzi wcale o to, że na starość to będzie wyglądało źle, bo nie zawsze będzie, ale to jest… to jest… no po prostu NIE!

 

***

Kiedy tak patrzę na to, co napisałam powyżej, cieszę się, że mimo posiadania typu osobowości, który jest otwarty m.in. na modyfikacje ciała, udało mi się tej skłonności wywinąć. Nie mówię jednak, że wszystkie tatuaże i wytatuowani są a fe! Tatuażystów uważam za artystów (patrzcie na TO), i tak jak pisałam wcześniej, nawet trochę zazdroszczę tym, którzy w pełni świadomie podejmują decyzję o umieszczeniu na stałe czegoś na swoim ciele. Każdy jest inny i dla każdego dobre jest co innego. Jednak wydaje mi się też, że wiele osób tatuuje się nawet do końca nie zdając sobie sprawy DLACZEGO to robi. Niby można i tak, ale czy nie jest to przejaw jakiejś ogólnej życiowej tendencji?
Być może więc mój tekst sprawi, że komuś, kto jeszcze się waha, będzie łatwiej zdecydować – zarówno w tą stronę, że przyzna mi rację i odejdzie od tego pomysłu, jak i w tą, że po przeczytaniu stwierdzi: co za bullshit, nic z tego mnie nie dotyczy, zrobię to! W każdym wypadku, jeśli ta decyzja będzie naprawdę przemyślana, ja będę zadowolona.

Na koniec pytanie do wytatuowanych – odważycie się powiedzieć mi o swoich motywach i okolicznościach powstania tatuażu? I do niewytatuowanych – czy kiedykolwiek rozważaliście tatuaż, jeśli tak, co Was do tego zniechęciło/powstrzymało?

PS – polecam:
– tekst Roberta Nowaka – psychologiczne aspekty tatuowania się,
– fotoblog Usuwanie Tatuaży.



* nigdy nie mów… czego?