Zastanawialiście się kiedyś, skąd bierze się zjawisko deja vu? Albo raczej, skąd może się brać? Nie jestem już zwolenniczką teorii o powrocie do miejsc, w których kiedyś (w domyśle – w poprzednim wcieleniu) całkiem dosłownie byliśmy, mimo że w samą reinkarnację wierzę nadal. Wydaje mi się, że w przypadku deja vu chodzi bardziej o podobieństwa. Osób, miejsc, sytuacji. Niekoniecznie identycznych, ale na tyle podobnych, by wzbudzić też podobne sekwencje odczuć. Bo… dlaczego właściwie wychodzimy z założenia, że każda chwila przydarza nam się tylko raz? 


DEJA VU

Mimo bardzo różnorodnych kultur i warunków, w jakich tworzą się osobowości ludzi i kształty społeczeństw na całym świecie, uniwersalne wartości, które wyznajemy i którymi kierujemy się w życiu pozostają bardzo podobne. Wszyscy chcemy w coś wierzyć, kogoś kochać, opiekować się taką lub inną rodziną, w miarę możliwości być społecznie użyteczni, a po śmierci zostać pogrzebani i, być może, zapamiętani. Do tego zostaliśmy biologicznie zaprogramowani. Wraz ze współrzędnymi geograficznymi zmienia się tylko forma wyrażenia tych wartości. I to również sprawia, że w każdym zakątku świata znajdują się miejsca o tych samych funkcjach, otoczone podobną atmosferą, wibracjami. Niekoniecznie muszą wyglądać tak samo, ale może unosić się wokół nich to samo nienazwane, nieuchwytne, ale dobrze wyczuwalne COŚ. Coś, co sprawia, że na końcu języka plącze nam się nazwa znanego miejsca czy opis podobnej sytuacji z przeszłości, które jednak ostatecznie nigdy nie wydostają się z gardła, pozostawiając gorzki posmak niezaspokojonej ciekawości.



500 PRAWDZIWYCH LUDZI, RESZTA TO KLONY

Bardziej dosłowne i łatwiejsze do opisania podobieństwo można jednak zobaczyć w ludziach.
Człowiek jest istotą ograniczoną przez swój genom, w którym mieści się nie więcej niż 800 Mb informacji (obrazowo porównując). To oznacza, że na 7 miliardów żyjących mieszkańców Ziemi co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu musi być moimi i Twoimi sobowtórami, mniej lub bardziej dokładnymi odbiciami w lustrze. Podobnymi pod względem zewnętrznego wyglądu, albo zestawu cech i temperamentu.
Istnieje nawet teoria, że kiedy Ziemię zaczęły zasiedlać miliony dusz, do wyboru było tylko około 500 oryginalnych ‚szablonów’ ludzi, które na różne sposoby prezentowały zewnętrzne i wewnętrzne piękno i doskonałość. Później miały one być swego rodzaju drogowskazami na drodze ludzkości. Choć teoria ta została odrzucona nawet przez osoby silnie związane z metafizyką, to jednak motyw istnienia powtarzalnych wzorców człowieka pojawiał się w relacjach myślicieli, pisarzy, artystów wielokrotnie. Inspirował też całkiem zwykłych ludzi. Nie trzeba przecież być nikim wyjątkowym, by to zauważyć – wystarczy, że przemieszczamy się po świecie, zmieniamy miejsca i mamy przy tym nawyk obserwowania innych. Prędzej czy później, nie ma rady – dostrzeżemy te powtarzalne wzory.


MÓJ WŁASNY SOBOWTÓR 

 
Sama spotkałam jednego ze swoich sobowtórów dość wcześnie, bo już w liceum. Nie było to idealne podobieństwo, ale jednak znajomi kilka razy nas ze sobą pomylili. Kiedy widziałam tą dziewczynę, czułam się  nieswojo – bo to było jak wyjście z ciała i spojrzenie z boku na to, w jaki sposób mogą widzieć mnie inni. Kolejnego dostrzegła moja ciocia, oglądając nocą telewizję. Kiedy zapytałam ją później, kim była ta dziewczyna, odparła rezolutnie: To wcale nie dziewczyna! Chłopak, gitarzysta. Wychodzi na to, że pewne rysy twarzy i charakterystyczne cechy pozostają niezmienne mimo różnic płci, rasy czy wieku. Podobieństwa nie znają granic – dobrze obrazuje to film Atlas Chmur.
Ciekawa była też sytuacja, która przytrafiła mi się jakoś na początku studiów. Kiedyś sporo rysowałam, głównie portrety kobiet. Nie żadnych konkretnych – wyobrażonych, ‚z głowy’. Rysowałam tak jak ręka poniosła ołówek, bez planu, sama nawet nie wiedząc, jaki będzie efekt końcowy. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy kilka lat po stworzeniu jednego z takich portretów, usiadłam w pociągu naprzeciw jego żywej wersji! Drugą ze swoich Narysowanych spotkałam jeszcze później na zajęciach aerobiku.Nie twierdzę, że do takiej sytuacji doprowadziło coś nadprzyrodzonego, ale też nie sądzę, żeby moje portrety rzeczywiście brały się tak zupełnie znikąd. Choć tuż po narysowaniu uważałam, że są one czystym wytworem wyobraźni, to jednak bardziej prawdopodobne jest, że moja podświadomość zarejestrowała niektóre z takich powtarzalnych szablonów kobiecej urody po tym, jak gdzieś kiedyś w przelocie zobaczyłam ich przedstawicielki, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. To trochę tak jak z nieznajomymi postaciami w snach – mówi się, że w większości nie są one wytworami naszej wyobraźni, a odbiciem ludzi, których mijamy przez całe życie. Wystarczy kilka sekund by ich obraz zapisał się w podświadomości, nie dając o tym znać świadomej pamięci (bo i po co, doprowadziłoby to do jej przeładowania).


12 LAT SZUKANIA PODOBIEŃSTW

zdj.: fanpage Francois Brunelle

 

Poszukiwaniu „szablonów” i podobieństw wśród niespokrewnionych ze sobą ludzi poświecił 12 lat swojego życia fotograf Francois Brunelle. Jak mówi, zainspirowały go do tego dwie rzeczy: ciągłe dostrzeganie podobnych do siebie osób i jego własne podobieństwo do… Jasia Fasoli.

Najpierw wśród znajomych, potem z pomocą mediów i Internetu szukał on sobowtórów na terenie Europy i Ameryki Północnej. I tak powstała najbardziej niezwykła kolekcja zdjęć, która na zawsze będzie kojarzyła się z jego nazwiskiem:  I’m not a look-alike! – nie jestem sobowtórem.

Oto kilka przykładów, które mnie najbardziej urzekły (nie mówiąc o tym kolażu powyżej, na którym ludzie wyglądają nawet nie jak rodzeństwo, a jak bliźniacy):


 

 

 

 


Więcej możecie znaleźć po prostu wpisując Francois Brunelle w wyszukiwarkę Google i klikając Grafika.

Jeśli myśleliście kiedyś o tym, że fajnie byłoby poznać własnego sobowtóra, istnieje polska strona, która umożliwia takie poszukiwania: www.szukamsobowtora.pl, jest też wersja międzynarodowa: www.twinstrangers.com, a tutaj możecie przeczytać o pierwszym, dość spektakularnym sukcesie projektu Twin Strangers.