W poście o związku między stylem jazdy a osobowością, przyznałam Wam się do tego, że nie mam prawa jazdy. Choć mogłabym mieć je już od 10 lat. No dobra, 11. Dzisiaj chciałabym wylać z siebie trochę przemyśleń na ten temat i jednocześnie zebrać opinie od Was – zróbmy sobie debatę jak kandydaci na prezydenta! Zapraszam wszystkich z prawkiem i tych bezprawnych.

 

PRAWO ZAJEBISTOŚCI

 

Kiedy chodziłam do liceum, moi znajomi nie mogli wręcz usiedzieć na tyłkach w oczekiwaniu aż otworzy im się okno możliwości zrobienia prawa jazdy. Zaczynali kursy mając jeszcze lat 17, by po 18 urodzinach z dumą odebrać kartonik, dodający do lansu więcej punktów niż dowód osobisty (chociaż w przeciwieństwie do niego ten nie łączył się z możliwością spożycia alkoholu, a raczej bycia szoferem dla innych spożywających). Obserwowałam ten szał z właściwym sobie spokojem i zupełnie nie paliłam się do tego, by sama się za to zabrać – nie czułam pociągu do motoryzacji, zwłaszcza od momentu, gdy dałam kompletną, popisową klapę na konkursie wiedzy drogowej. Rodzice też nie naciskali (tyle mojego szczęścia, bo innych wręcz wypychano w tym celu z domu, zgodnie z tytułowym twierdzeniem, że KAŻDY musi mieć prawo jazdy).

 

Minęło liceum, mijały sobie studia, w międzyczasie miałam bolesną przygodę z próbą jazdy na skuterze, około trzy razy wylądowałam jako pasażer w rowie, a z milion pięćset przeraziła mnie agresja, chamstwo, samowolka i nieuwaga na drodze, którą obserwowałam to z pojazdu, to z przejścia dla pieszych. Dodatkowo, każdy przejazd rowerem przez miasto i konieczność współuczestniczenia w ruchu obok samochodów, czy nawet pokonania prostego skrzyżowania, przyprawiał mnie o palpitacje.

 

NIE OGARNIAM

Jeszcze większego zniechęcenia do zdobycia prawa jazdy nabrałam, kiedy przeprowadziłam się do Wrocławia, gdzie na ulicach niekoronowanymi królami są tramwaje. Przejechanie tuż obok tego potwora na szynach przeraża mnie nawet jako pasażera, a co dopiero potencjalnego kierowcę. Niekłamany podziw budzą we mnie osoby, które wiedzą co robić w centrum, gdzie krzyżuje się ze sobą jezdnia, ścieżka rowerowa, tory tramwajowe i gdzie na drogę często wyskakują szaleni piesi. Gdzie dodatkowo trzeba pilnować świateł, ruchu na innych pasach, a czasem umiejętnie usunąć się z drogi karetce. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że dla mnie to ZA DUŻO DO OGARNIĘCIA NARAZ. Jednocześnie obserwować świat przez szyby i lusterka, szybko reagować na zmiany na drodze, panować nad trzema pedałami, kierownicą i skrzynią biegów jednocześnie, a do tego dawać jeszcze znać o swoich zamiarach innym, zerkając co jakiś czas na deskę rozdzielczą i NIE WPADAJĄC W PANIKĘ, gdy ktoś z tyłu trąbi i wyzywa od blond idiotek…
Tak, być może brzmię teraz jak mała przerażona dziewczynka, ale jestem nią jeśli chodzi o samochody. Nie pomaga w tym ich skomplikowana budowa i fakt, że posiadają te wszystkie przewody wysokiego napięcia, wypełnione są łatwopalnym paliwem, no i są w cholerę plastyczne i łatwe do odkształcenia (nie mówiąc o tym, jak plastyczne jest ludzkie ciało – napatrzyłam się na zdjęcia ofiar wypadków…).
Podsumowując, mam duży problem z samochodami i ruchem drogowym.

CZY JEDNAK POWINNAM STARAĆ SIĘ ZROBIĆ PRAWO JAZDY? 

Cały czas powtarzam, że to lepiej dla mnie i innych uczestników ruchu, że taki spanikowany i nieskoordynowany kierowca nie jeździ po mieście. O ile jeszcze potrafię sobie wyobrazić siebie jeżdżącą po prostych odcinkach na wsi, to przejechanie przez Wrocław jawi mi się jako tor przeszkód z koszmaru.

Mimo wszystko z różnych stron słyszę argumenty: 

– dlaczego tylko twój mąż ma prowadzić i być dla ciebie szoferem?
– jak będziesz miała dzieci, to musisz mieć prawo jazdy – a jak coś im się stanie i nie będzie miał ich kto zawieźć do szpitala?
– kobieta musi być niezależna,
– egoizmem jest nie zmienianie się za kółkiem podczas długiej wycieczki i oczekiwanie, że tylko ta druga osoba będzie prowadzić.
A nawet jeszcze konkretniejsze kwiatki, takie jak:
– robisz z siebie kalekę, a tak naprawdę nie chce ci się za to zabrać,
– dopóki nie pójdziesz na kurs, nie masz prawa mówić, że nie nadajesz się do prowadzenia,

– komunikacja miejska może zawieść, taksówka nie przyjechać, a pogotowie odmówić przyjazdu i co wtedy zrobisz?!

 

No właśnie, co? Moimi argumentami na to są:

– tak samo jak może zabraknąć taksówki czy autobusu, tak też może nawalić samochód, zabraknąć paliwa czy pomocy drogowej,
– jeśli czegoś naprawdę się boję, to sprawia, że popełniam znacznie więcej błędów, a co za tym idzie, staję się dla samej siebie zagrożeniem,
– jeśli chodzi o potencjalne dzieci, to stres wynikający z odpowiedzialności za nie jako pasażerów chyba by mnie wykończył, pół biedy strach o mnie samą, ale mnie i pasażerów? Nope,
– naprawdę nie czuję się ubezwłasnowolniona jako pasażer i naprawdę doceniam dobrych kierowców. Nie oczekuję też od innych żeby wozili mnie jak szoferzy – lubię komunikację miejską, nie mieszkam na odludziu, umiem zamówić taksówkę, na wakacje raczej nie jeździmy samochodem (bo w tym momencie samochodu nawet nie mamy).

I TERAZ PYTANIE DO WAS:

Czy ktoś z Was może miał podobne jak ja odczucia odnośnie prowadzenia samochodu a jednak to przezwyciężył? Czy uważacie, że w dzisiejszym świecie każdy powinien mieć prawo jazdy? I czy kierowca, który boi się kierować, może być dobrym kierowcą?
***

PS – jako ciekawostkę dodam informację, że wg psychologa transportu Andrzeja Markowskiego istnieje spora grupa ludzi, która nie posiada zdolności psychomotorycznych pozwalających na prowadzenie samochodu, zatem nie wszystkich da się wyuczyć tej umiejętności. Predyspozycje te sprawdzane są w różnych badaniach i testach, więc… może warto by było je zrobić, jako ostateczny argument za lub przeciw?I jeszcze jedna wiadomość, która może pocieszyć notorycznie oblewających – podobno ludzie inteligentniejsi mają większe problemy ze zdaniem prawa jazdy. Niższe IQ wiąże się z bardziej mechanicznym i bezkrytycznym podążaniem za poleceniami egzaminatora, podczas gdy osoby z wyższym – dokładają do poleceń własne myślenie i interpretacje, co najczęściej prowadzi do błędów na egzaminie. I choć zdają oni prawo jazdy później, potem jednak jeżdżą bezpieczniej i reagują na drodze lepiej, niż ci mniej inteligentni.