Rzadko wchodzę w polemikę z innymi blogerami, ale kiedy już wchodzę, to musi być powód taki jak dzisiejszy post jednej z nadziei blogosfery pt. „Dlaczego jesteście obleśni”. Nie linkuję, bo nie zachęcam do czytania, zwłaszcza jeśli jesteście w dobrym humorze – możecie go sobie łatwo w ten sposób popsuć. Streszczając całość: jest sobie blogerka, która po przejażdżce komunikacją miejską twierdzi, że nienawidzi ludzi. Nawet nie dlatego, że się na nią pchają, rzucają mięsem, czy rozsiewają fetor alkoholu i niemytego ciała. Nie, problemem jest to, że ludzie są brzydcy, grubi, niezadbani i używając podkładów za 10 zł i perfum – podróbek rujnują jej poczucie estetyki.

Ludzie z bardzo silnym przekonaniem o własnej zajebistości, wyrosłej głównie na porównywaniu się z innymi, budzą moją głęboką niechęć. Chciałabym, żeby to  było współczucie, ale nie jestem jeszcze tak doskonałym wewnętrznie człowiekiem, by skupić się na tym, że przez ich krzyk i krytykanctwo przebija prawdopodobnie sygnał ‚tylko mnie nie dotykaj, skup się na innych‚. To trochę jak z rannym niedźwiedziem, który atakuje jeszcze zanim zbliżymy się do jego uwięzionej w sidła łapy.
W liceum miałam koleżankę, którą po latach pamiętam głównie z tego, że wszystkim prawiła  złośliwości, wyszydzała niemarkowy ubiór, niedopasowany makijaż czy plastikową biżuterię z dodatków do gazety. Jednocześnie sama swoją urodą i figurą mocno odbiegała od medialnych kanonów, wyróżniała się jedynie tym, że miała zawsze drogie ubranie i dbała o fryzurę. Kompleksy? Strategia obronna? Być może. Nie dowiem się tego, bo u mnie jak i wielu innych osób z dawnej klasy na zawsze straciła szansę poprawy swego wizerunku – nie chcemy mieć kontaktu z ludźmi, którzy spotykając nas, w myślach potencjalnie szacują wartość naszego stroju, makijażu i w ten sposób szukają okazji do wzniesienia wyżej swojego zbudowanego na setkach złotych i markowych metkach ego.
Pieniądze to rzecz nabyta i przemijalna, podobnie jak uroda. A i o tą można dbać na różne sposoby. Zawsze znajdą się tacy, którzy granicę ‚niezadbania’ będą mieli przesuniętą jeszcze wyżej i dla nich nasza młoda blogerka z podkładem za 150 zł będzie tylko biedną dziewczynką ze Wschodu. Wybieranie tanich ubrań i tanich kosmetyków, podobnie jak krzywe obcinanie paznokci zamiast hybrydy od kosmetyczki nie zawsze jest wyrazem oszczędności. Czasem to zwyczajnie kwestia priorytetów. Trzeba jednak trochę szerzej otworzyć oczy, żeby w tych ludziach ubranych w ciuchland i ozdobionych tym, co leży na najniższej półce drogerii, dostrzec np. notoryczny brak czasu i pieniędzy przez poświęcanie go pasji, czy nawet zwykłe umiłowanie naturalności. W tym momencie spoglądam w lustro i szczerzę do niego swoje krzywe zęby. Pewnie u osób pokroju tej blogerki budzę odrazę. Miałam nawet w tym roku założyć na nie aparat, wybrałam jednak spełnienie marzenia o Islandii i kilka innych podróży. Zęby nie uciekną, a są rzeczy, które cenię bardziej.

Wśród najbliższych mi znajomych są osoby, które używają podróbek perfum, tanich podkładów i ubierają się w lumpeksie. Kilku z nich, o zgrozo, ma nawet cellulit i nadwagę albo ślady po trądziku na twarzy. Wiem, że nie zadałabym szyku idąc z nimi pod ramię sopockim molo w środku lata, ale, dziwnym trafem, są to najbardziej wartościowe osoby, jakie poznałam w życiu. Nie muszę z resztą szukać tylko wśród znajomych. Od pewnego czasu mam okazję przyjrzeć się nieco bliżej środowisku naukowców i część osób wchodzących w jego skład rzeczywiście odpowiada stereotypom o tej branży: fryzura w stylu „miałem trudny poranek”, niedoprasowana koszula, czy nawet okulary sklejone taśmą (autentyk!). Skąpstwo? Wyraz kompleksów? Nie, po prostu ich umysł jest daleko od tak przyziemnych spraw jak fryzjer i spa, bo krąży w tym czasie gdzieś między galaktykami albo atomami. I to jest fajne. W różnorodności siła. Gdybyśmy wszyscy byli odprasowani w kant i idealnie zamalowani podkładem, na ulicy widzielibyśmy tylko klony. No i nasze samozwańcze gwiazdy nie miałyby tła, na którym mogą błyszczeć.

Czas zrozumieć, że:

  • Nie każdy grubas jakiego mijamy na ulicy czuje się ze swoją tuszą źle. Nie doszukujmy się w nim słabej woli, kompleksów i uzależnienia od fast foodów. I choć zdarzają się wśród nich przypadki samooszukiwania, to jednak nie nam to oceniać.
  • Nie każda dziewczyna z tanimi sztucznymi paznokciami widzi, że to wygląda źle czy krzywo. Z resztą każdy odmiennie postrzega ‚źle’ i ”krzywo’, podobnie jak każdy z nas inaczej odbiera kolory i dźwięki. A jeśli do kompletu owe dziewczę chce założyć leginsy w cętki za 10 zł i to sprawia, że czuje się jak milion dolarów a jej chłopak widzi w niej symbol seksu – dajmy im do tego prawo.
  • I wreszcie – nie każdy pryszcz na twarzy to wynik unikania dermatologa i nie każdy ukryje się pod podkładem za 150 plnów – autorka powinna wiedzieć to najlepiej, jeśli ma trochę samokrytyki. Nie wiem czy to tak zaawansowany brak empatii, czy zaślepienie blaskiem odbitym z lustra, żeby widzieć pryszcze innych i zakładać, że to wynik oszczędzania na podkładzie, a jednocześnie – samemu posiadać cerę daleką od ideału? Dobrze jest trzymać się zasady: wymagam od innych bycia doskonałymi tylko w tych aspektach, w których sam jestem doskonały…

Nikt z nas nie ma prawa oceniać innych po wyglądzie. 

Kim do diabła jesteśmy, żeby wymagać, aby inni dopasowywali się do naszych estetycznych ideałów?

Choć pod wieloma względami w USA czułam się obco, to ich podejście do wyglądu i zewnętrznej prezencji jest czymś, czego naprawdę moglibyśmy się uczyć. Z resztą i w Europie ludzie zauważają, że my, Polacy (i reszta Wschodniej Europy), jesteśmy strasznie spięci na punkcie wyglądu. Powiedzcie mi, skąd to się bierze?

PS – Co do samej autorki – mam nadzieję, że to co się teraz dzieje w blogosferze nauczy ją trochę pokory. A jeśli tak się nie stanie to chyba osobiście zadbam, by na jej szyi zawisła obroża antyszczekowa… Swoją drogą to chyba niezłe otrzeźwienie dla jej fanów, wśród których statystycznie pewnie co trzeci jest takim ‚brudasem z tramwaju’…