Choć wczoraj rano wróciłam do Wrocławia, w mojej głowie nadal panuje tydzień litewski. Tego w Lidlu nie uświadczysz! Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy warto odwiedzić Litwę lub nawet samo Wilno, i co właściwie można tam robić, postaram się Wam to przybliżyć w tym i następnym poście. A tak naprawdę to muszę to z siebie wylać, żeby móc mentalnie przestawić się na tryb ‚jestem w Polsce i muszę wreszcie zabrać się do pracy’. Zapraszam na wycieczkę. Przystanek pierwszy: stolica. Podobno najpiękniejsza wśród trzech krajów bałtyckich.

My trafiliśmy tam ok. 8, kiedy miasto dopiero się budziło, a na ulicach było mało ludzi. Korzystając z tego, że wysiedliśmy nie na tym przystanku, na którym było trzeba (Centrum handlowe Panorama – zdecydowanie nie jest to hotel Panorama w samym centrum…), zobaczyliśmy zupełnie niezabytkową i spokojną dzielnicę mieszkalną. Szklane domy sąsiadowały tam z drewnianymi parterowymi chałupkami, pomalowanymi na wszystkie kolory tęczy, z rzeźbionymi okiennicami i garnkami na płocie. Czasem w tych chatkach mieściły się sklepy i różne firmy. Później okazało się, że bliżej starówki jest ich równie dużo. Zestawione z zabytkami i nowoczesnymi budynkami wyglądały naprawdę ciekawie, aż żałuję, że nie zrobiłam żadnej z nich zdjęcia.

POLSKI – TAK, RUSKI – DA, ENGLISH? NO…

 

Po jakichś 5 kilometrach spaceru dotarliśmy do naszego hotelu (Vilnius Europolis – dwie gwiazdki, 214 zł za dwie noce, nasz pokój na zdjęciu powyżej). Choć poprosiliśmy o możliwość zostawienia bagaży po angielsku, panie z recepcji, po usłyszeniu naszego nazwiska, natychmiast przestawiły się na polski. Bez cienia wschodniego akcentu. Takich sytuacji mieliśmy później bez liku, aż zaczęliśmy uważać na to, o czym rozmawiamy ze sobą na ulicy.

Po polsku mówili i kelnerzy w restauracjach, i stare babcie, i żuliki pod sklepem. Jeszcze częściej na ulicach słyszało się rosyjski (a ja poczułam, że to kolejny znak, by przypomnieć sobie wreszcie ten język!). Za to po angielsku mówili już tylko młodzi, tej umiejętności brakowało zwłaszcza paniom w dworcowych informacjach. Na szczęście i bez tego dawało radę ogarnąć odjazdy autobusów – litewskie dworce w miastach są w większości nowoczesne i dobrze zorganizowane.

 

KOMUNIKACJA MIEJSKA W WILNIE

Litwini o kimś, kto nie zamyka za sobą drzwi, mówią, że „mieszka w trolejbusie”.

 

Szybkie i jeszcze-nie-litewskie śniadanie z mocną kawą i ruszamy zwiedzać, ale wcześniej zaopatrujemy się w 3-dniowe bilety na komunikacją miejską, która w Wilnie jest bardzo tania. Za taką kartę zapłaciliśmy łącznie 7 euro na osobę, dostając za to nieograniczoną możliwość poruszania się rozklekotanymi trolejbusami i trochę nowocześniejszymi autobusami. Zaczynają one kursować przed 5 rano i jeżdżą aż do północy. Jeśli ktoś wpada do Wilna tylko na dzień lub dwa, może kupić bilet dobowy za 4,5 euro. Biorąc pod uwagę, że pojedynczy kosztuje 1 euro, to może się opłacać.

Kartę aktywuje się jednorazowo po wejściu do autobusu w specjalnych kasownikach, a kupić można ją w jednym z wielu czerwonych kiosków  z napisem „Lietuvos Spauda„, gdzie jest niemal wszystko – od kosmetyków, przez słodycze, hot-dogi, milion rodzajów kaw i, o dziwo, nawet gazety! ;) Jeśli ktoś lubi zwiedzać intensywnie, wstępując po drodze do muzeów, może kupić Vilnius City Card z biletem dobowym za 17 euro lub wersję 72-godzinną za 26 euro. W zamian otrzymuje wstęp do wielu miejsc za darmo i zniżki do restauracji, sklepów, galerii, itd. – najczęściej 10% zniżki.

CENTRUM I STARÓWKA

15 minut jazdy trolejbusem i jesteśmy w centrum. Wysiadamy na przystanku obok mostu na rzece Wilii, rzucamy okiem na nowoczesne centrum finansowe (przy którym pojedynczy wrocławski SkyTower natychmiast straciłby swój rezon). Z drugiej strony dostrzegamy Górę Giedymina z Basztą, będącą pozostałością po XIII-wiecznym zamku.
Najpierw jednak udajemy się na najbardziej znany plac miasta, przy Bazylice Archikatedralnej. Jego duża przestrzeń, białe ściany bazyliki i dzwonnicy, czy płaskorzeźba „Arka Noego” pod szczytem, robią ogromne wrażenie i w mojej pamięci zapisały się już nieodwołalnie jako symbol Wilna – taki sam jak wieża w Paryżu.

 

Idziemy dalej i wspinamy się na Górę Giedymina. Nie próbujcie tego w butach na obcasach – wystające kamienie Wam na to nie pozwolą. Nawet w całkiem płaskich wchodzenie nie było zbyt wygodne. Jednak widoki po drodze (min. na Górę Trzykrzyską – od trzech krzyży) i już na samym szczycie, na panoramę całego miasta – wynagradzają wszystko. Cieszymy się, że trafiliśmy na tak dobrą pogodę i widoczność.
Góra Trzech Krzyży – tam też można wejść i widok jest podobno jeszcze lepszy!
W tle wieża telewizyjna – trochę przeceniana atrakcja Wilna – wjazd na nią kosztuje 6 euro, a na szczycie znajduje się słaba restauracja w klimatach PRL…
Centrum finansowe Wilna

 

 

Ruszamy dalej, brzegiem rzeki, mijając uroczy park i trafiamy znowu na szklak pełen zabytków. Spotykamy znajomych, z którymi wymieniamy się wrażeniami po podróży Simple Expresem i pomysłami na to, co zobaczyć warto, a czego nie. Kierują nas w stronę Ostrej Bramy, więc ruszamy, podejrzewając że kiedyś w końcu na nią trafimy. Mijamy między innymi kościół św. Anny i pewnie jakieś 10 innych których nazwy nie znamy.

MENTALNOŚĆ LITWINA

W całym Wilnie można znaleźć 40 kościołów rzymskokatolickich, 21 cerkwi, 3 synagogi, jedną kienesę karaimską, a kiedyś był także i meczet. Święte miasto! Tacy też są podobno i Litwini – na ogół poważni, spokojni, nawet święta obchodzący z dostojeństwem i melancholią. Mają też, trochę jak my, tendencję do martyrologii, rozpamiętywania klęsk i cierpień doznanych przez naród, a dość wyraźnym symbolem tego może być Góra Krzyży. Przed wyjazdem nasłuchaliśmy się też sporo o tym, że możemy spotkać się z niechęcią tylko dlatego, że jesteśmy Polakami – w końcu nasza polsko-litewska historia może być różnie interpretowana (ale trzeba się w nią naprawdę wgłębić, by stwierdzić, czy byliśmy dla Litwinów rzeczywiście najgorszym z wrogów – odczuwam w tym trochę niesprawiedliwości).

Mimo tych ostrzeżeń z różnych stron, podchodziliśmy do spotykanych tam ludzi z życzliwością i sympatią… i to samo otrzymywaliśmy w zamian. Właściwie nie było chyba ani jednego przypadku, w którym doświadczylibyśmy wrogości, za to wiele takich, które zaskoczyły nas poziomem gościnności i kultury. W naszej opinii Litwini pozostaną więc miłymi, spokojnymi i ułożonymi ludźmi.

Przez trzy dni chodzenia po różnych miastach o każdej porze, nie spotkaliśmy ani jednej grupy dresiarzy, głośnych pijaków (może dlatego, że na Litwie obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu między 22 a 8), czy natarczywych żebraków. Spokojna była też młodzież i studenci – nawet ich wygląd mówił: jesteśmy normalni i zwyczajni. Nie brakowało zadbanych osób, ale nie zakrawało to o przesadę czy wielkie podkreślanie swojej alternatywności, co często można zauważyć we Wrocławiu. Może trochę więcej szaleństwa zobaczylibyśmy, gdyby udało nam się dotrzeć do Republiki Zarzecza – samozwańczego państewka artystów z własną konstytucją (przeczytajcie ją koniecznie na podlinkowanej stronie i jeśli wybieracie się do Wilna, nie powtarzajcie naszego błędu i odwiedźcie to miejsce).

Wracając jednak do Ostrej Bramy i innych atrakcji…

 

U GÓRY, SYNU

W końcu docieramy w okolicę osławionej przez mickiewiczowską Inwokację Ostrej Bramy. Rozglądamy się, szukając jakiegoś wyjątkowego i pełnego blasku kościoła – w końcu tam Matka Boska „w Ostrej ŚWIECI Bramie”… Rzeczywistość jest trochę rozczarowująca, jak na nasze oczekiwania.

Wchodzimy do kościoła – przed nami drzwi, droga w lewo, droga w prawo, inne drzwi… mój mąż bez zastanowienia uderza do tych pierwszych i spotyka księdza, którego pyta, gdzie jest Matka Boska. Duchowny w odpowiedzi wznosi oczy do nieba i już zastanawiamy się, czy czeka nas jakieś kazanie, czy może była to metafora, ale w końcu podpowiada – u góry, synu. Odruchowo patrzymy na pusty sufit, aż ksiądz doprecyzowuje – najpierw schodami w lewo. Wchodzimy więc po schodach do zaskakująco małej sali, w której modli się kilka kobiet. I jest i obraz – cały ozłocony. Kontemplujemy chwilę, ale nic tam po nas, więc ruszamy dalej.

NAJLEPSZE LOKALNE JEDZENIE W WILNIE

Zaczyna nam  doskwierać głód, postanawiamy więc zjeść coś tradycyjnego, litewskiego i sycącego, a potem możemy wracać do hotelu, bo wkrótce zacznie się doba hotelowa. Ktoś, gdzieś, już nie pamiętam kto, podpowiada nam, że najlepiej zjemy w restauracji Forto Dvaras, a idąc tam będziemy mieć okazję zobaczyć najładniejsze ulice Wilna. Więc ruszamy, marząc o tłustych cepelinach.

 

 

 

W końcu jest – kraina ziemniakiem i tłuszczem płynąca! Choć zwracamy się do kelnerki po angielsku, ta znowu odpowiada nam po polsku. Ok, więc czujemy się jak u siebie. A za chwilę pochłaniają nas smaki i zapachy.
Borowikowa w pysznym, ciemnym chlebie. Litewskie chleby to w ogóle temat na poemat!
Ziemniaczana babka, albo bardziej światowo – pudding

Są i one – słynne cepeliny! Tak naprawdę z wierzchu zwykłe pyzy, za to w środku – niebo w gębie!
Najedzeni i z tego tytułu ociężali, wracamy do hotelu. Dostajemy pokój, Ł. po szybkim odświeżeniu się rusza na swoją konferencję, ja zostaję w pokoju i trochę pracuję, trochę odsypiam podróż autokarem. Głównie to drugie, odkąd uświadamiam sobie, że jutro musimy wstać o 5 – w końcu czeka nas prawie 4-godzinna podróż nad morze.
Jeszcze kilka migawek z tego dnia:

 

 

Wieczorem jeszcze raz wychodzimy na miasto i na chwilę przed nastaniem prohibicji zaopatrujemy się w piwa polecone nam na migi przez jakiegoś Litwina w sklepie IKI (najczęściej występujący, naprawdę dobrze wyposażony supermarket, czynny 8 – 22 lub 23). Delektujemy się spokojnym spacerem, a po powrocie zasypiamy jak dzieci, wiedząc, że zostało nam tylko kilka godzin snu.

 

***

JAK DOJECHAĆ DO WILNA? JAK NAJSZYBCIEJ!

Podobało Ci się to, co zobaczyłeś i przeczytałeś? Przekonałam Cię choć trochę, że Wilno może być ciekawym miastem?  To teraz Twoja kolej. Do Wilna dojedziesz najprościej Simple Express – mają u mnie plus za wygodniejsze niż w Polskim Busie siedzenia i za wbudowane tablety z systemami rozrywki jak w samolocie – filmami, muzyką, grami, dostępem do Internetu i paroma innymi pierdółkami. Jeśli zamierzacie skorzystać, weźcie tylko swoje słuchawki! My jechaliśmy z nimi aż z Wrocławia, wyjazd po 18, przystanek w Warszawie o północy i dojazd na miejsce o 8 rano. Wracaliśmy z Wilna o 17, we Wrocławiu byliśmy po 5. Sam przejazd przez Litwę też jest dość ciekawy, można zwiedzić zza szyby i w tempie ekspresowym naprawdę ładne miejsca.
I kilka takich naprawdę ładnych miejsc pokażę Wam w następnym poście.

Dobranoc!