Wyobraź sobie faceta o twarzy ozdobionej wielkimi brodawkami, z niechlujnym wąsem, brodą i przerzedzonymi, długimi włosami. Wyobraź sobie, że jego skóra każdym porem wydala swąd nikotyny i hektolitrów przetrawionego alkoholu, tworząc wokół niego gęstą, ciemną aurę. Jak sądzisz, czy znajdzie się jakakolwiek kobieta, która bez chwili wahania przed nim uklęknie (bynajmniej nie w celu oddania pokłonu)?
A teraz daj temu facetowi na imię Lemmy, włóż mu w ręce gitarę i uczyń go liderem jednej z najbardziej znanych grup rock’n’rollowych. Nagle okaże się, że tych kobiet będzie kilka(naście) i prawdopodobnie powyrywają sobie nawzajem włosy w walce o zaszczyt bycia dotkniętą magiczną różdżką Króla.

Patent na pewny seks

Mężczyzna opisany powyżej to Lemmy Kilmister, założyciel Motorhead. W przełomowym dla swojego życia (jak i historii muzyki) momencie uznał, że jedynym sposobem na poderwanie kobiety dla posiadacza takiej twarzy, jest zostanie muzykiem.  Albo wydawanie całej pensji w domu uciech. Jak już wiemy, z Lemmy’ego wyszła oszczędna natura. Plan się powiódł, a z czasem, jak mówi… polubił też granie. W roku 2011, kiedy udzielał wywiadu dla jednej z gazet, twierdził, że na ramie jego łóżka widnieje już 1200 nacięć, if you know what I mean.

Dowodem na to, jak kobiety tracą zmysły na widok muzyków, jest nie tylko twarz Lemmy’ego, ale i Stevena Tylera, Micka Jaggera, czy z współczesnych gwiazd rocka – Chadda Kroegera, znanego także jako „brzydszy Jezus” (tutaj dała złapać się sama Avril Lavigne).

Test na prawdziwą fankę

Dobrze ilustruje to też obrzydliwa anegdota, którą opowiadali członkowie grupy Motley Crue, Nikki Six i Tommy Lee. W latach 80-tych, założyli się oni o to, jak długo uda im się nie myć i wciąż pozostawać obiektem zalotów ze strony swoich groupies. Podobno przez dłuższy czas utrzymywali średnią w ilości czterech kobiet na noc. Minęły całe DWA MIESIĄCE bez prysznica zanim odpadły najwierniejsze z fanek (albo te o najmniej czułych nosach).

Jak więc widać, z muzykami jest coś poważnie na rzeczy. Coś, o czym nie śniło się filozofom (zwłaszcza tym greckim, którzy preferowali bliskie przyjaźnie w obrębie tylko własnej płci).

Skoro nie filozofowie, to może ewolucjoniści? Darwin twierdził, że pierwotną funkcją muzyki było wspomożenie zalotów. Innymi słowy, była ona dla pierwszych samców tym samym, czym dla pawia strojenie piórek i taniec godowy. I to działało, bo jaskiniowe kobiety oceniały ich jako zaradnych i szczególnie zdolnych do zapewnienia bezpieczeństwa i pożywienia. Tak musiało być, skoro poza polowaniami mieli jeszcze czas na rozwinięcie swojego muzycznego talentu.

Gitara kontra strój z siłowni

Jak niewiele zmieniliśmy się od tamtych czasów, pokazują badania francuskiego naukowca, Nicolasa Gueguen, który zatrudnił 20-letniego aktora, by ten podszedł do 300 kobiet w podobnym wieku. Miał mówić im, że są naprawdę ładne i prosić je o numer telefonu. W 100 przypadkach trzymał w ręku gitarę, w 100 kolejnych miał na ramieniu torbę sportową, w 100 ostatnich nie miał ze sobą nic. Co się okazało… kiedy miał ze sobą gitarę, numer dostał od 31% kobiet. Kiedy nie miał nic, dostał go od 14% kobiet. Najgorzej wypadł w ich oczach trzymając torbę sportową – numer dało mu tylko  9% dziewczyn.

Facebookowe zaczepki

Podobne wyniki otrzymali naukowcy  z Tel Awiwu, którzy wysyłali singielkom na Facebooku zaproszenie do znajomych z wiadomością „bardzo podoba mi się twoje zdjęcie”. Połowie badanych wysłano je z konta, gdzie na profilowym widniał mężczyzna brzdąkający na gitarze, połowie wysłano je z profilu, gdzie na zdjęciu był ten sam mężczyzna, bez niczego w dłoniach. Wyniki? Tylko 10% (czyli 5 z 50) kobiet odpowiedziało na zaproszenie faceta bez gitary, podczas gdy 28% odpowiedziało na wiadomość lub przyjęło zaproszenie od faceta z gitarą. Kiedy badanie powtórzono, tym razem to mężczyzn testując na wdzięki kobiety z gitarą, wyniki były podobne w obu grupach – i tej, która dostała wiadomość od kobiety z gitarą, i  tej, do której odezwała się kobieta bez gitary.

Wychodzi więc na to, że magia gitary i mikrofonu działa wyłącznie na kobiety, a francuscy badacze tłumaczą to przyciąganie faktem, że granie na instrumencie uważane jest za oznakę inteligencji, zdolności do uczenia się (lub chęci do uczenia się) oraz posiadania pasji. Ponadto, przez sposób w jaki prezentuje się muzyków w mediach, bycie jednym z nich jest odczytywane jako symbol zamożności i dobrobytu. Powyższe cechy to idealna kombinacja genów, jakie wiele kobiet chętnie by widziało u swojego potomstwa. Czyli chodzi tu nie o sam seks, a o… możliwość bycia zapłodnioną?

Muzyczny testosteron

Potencjalnego dowodu na powyższą teorię dostarczyli naukowcy Vanesa Sluming i John Manning, którzy pokazali, że istnieje związek pomiędzy ilością testosteronu w męskim organizmie, a umiejętnościami muzycznymi. A ponieważ estrogen zawsze wyczuje testosteron, stąd dla kobiet muzyczne zdolności są także nieświadomą oznaką męskiej płodności i dobrych zdolności reprodukcyjnych. Kiedy patrzy się na ilość potomstwa J.S Bacha, to wydaje się mieć sens (20 dzieci z dwoma żonami!).

 

Chcę mieć dziecko z rockmanem!

Naukowcy wspomniani wyżej mogliby sobie przybić piątki z tymi z Uniwersytetu w Sussex, którzy z kolei udowodnili, że kobiety znajdujące się w fazie płodnej chętniej wybrałyby twórców złożonej/skomplikowanej muzyki jako krótkoterminowych partnerów seksualnych, niż twórców muzyki o prostych melodiach czy artystów z innych dziedzin sztuki (np. malarzy). Co ciekawe, ta prawidłowość działała tylko w okolicach owulacji.

Biologia, reprodukcja, geny – to chyba jednak nie wszystko, co nami rządzi, przynajmniej nie odkąd uważamy się za homo sapiens 2.0. Przejrzałam więc opinie kobiet podkochujących się w muzykach, zapytałam kilku znajomych, poszukałam odpowiedzi w samej sobie z przeszłości i… co z tego wyszło?
Opisując swojego wymarzonego partnera, jako jedną z najbardziej pożądanych cech wymieniamy pasję. Dodatkowo doceniamy ludzi, którzy w jakiejś dziedzinie osiągnęli mistrzostwo, a tacy z pewnością są muzycy. Kobiety patrząc na nich myślą „on potrafił zainwestować w coś swój cały wolny czas i uwagę – ciekawe, czy mógłby tak we mnie”. I tak wchodzą w konkurencję z… gitarą i sceną.
Nie da się też nie wspomnieć o lifestyle’u niektórych muzyków – sex, drugs, rock ‚n’ roll przyciąga nie tylko niegrzeczne dziewczynki. Czasem działa to tak, jak 50 twarzy sami-wiecie-kogo na dziewicę z katolickiej szkoły z żeńskim internatem. Co więcej, mężczyźni o takim stylu życia uchodzą za tych, których nie da się zatrzymać na dłużej. A kogo nie pociągało nigdy coś, czego mieć nie mógł?
Spora jest w tym też pewnie rola bujnej wyobraźni niektórych kobiet, które sprawność palców perkusisty czy wyczucie rytmu wokalisty przekładają na ich potencjalne łóżkowe umiejętności. Siebie stawiają w takiej sytuacji w roli instrumentu, oczywiście. A niezależnie od tego, jakiej jakości jest instrument, kiedy gra na nim ktoś o prawdziwym talencie, musi wyjść z tego arcydzieło, czyż nie? Kto nie chciałby być współautorem arcydzieła? Kto nie chciałby stać się muzą, natchnieniem i częścią historii? Bo bycie zapisanym na kartach historii na pewno czeka tych, którzy są…
popularni stoją w centrum – muzycy, przynajmniej na scenie zamieniają się w prawdziwych samców alfa. Zwłaszcza frontmani. Przewodzą zespołem, stają się też dyrygentami emocji publiczności – doprowadzają do krzyku, śmiechu, łez, zadumy, ekstazy. Taka umiejętność po prostu musi przekładać się na wewnętrzną moc, bogate wnętrze i pewną skłonność do dominacji. Kobiety to przewrotne stworzenia – mimo całych wieków walki o równouprawnienie czasem chcemy właśnie, by ktoś powiedział nam co mamy robić i czuć w danym momencie. Najlepiej używając do tego metody subtelniejszej niż rozkaz – a taką z pewnością jest muzyka…
Drogie fanki (ale tylko prawdziwe fanki) –  co byście tutaj dodały/ujęły?

PS – Post zdobią twarze kilku z moich ulubionych wokalistów. Nie wskoczyłabym za nimi w ogień, ale na ich występach doznawałam i  doznawałabym poważnej tachykardii. Od góry: Alex Turner (Arctic Monkeys), Christian Burns, Daniel Agust Haraldsson (GusGus), Peter Heppner.