ANTYSYLWESTER W BERLINIE

Mówiłam Wam już ostatnio, że w tym roku zamiast Sylwestra wybraliśmy antysylwester. Dlatego 31 grudnia do północy zachowywaliśmy się zupełnie jak koleś, który za życia stał się memem – „graliśmy w grę”, oglądaliśmy filmy i robiliśmy wszystko, by ten dzień wyglądał jak typowa niedziela nolife’a. Po fajerwerkach w końcu uznaliśmy, że czas ogarnąć pakowanie, a o 2:30 stawiliśmy się na dworcu PKS. Ciekawie było patrzeć na tych wszystkich śniętych i zziębniętych imprezowiczów czekających przedwcześnie na powrót do domu.  Nasza impreza miała się dopiero zacząć.Prawie pusty Polski Bus, wypełniony większą ilością cudzoziemców niż Polaków, dowiózł nas pod berliński dworzec ZOB na punkt 7 rano. I porzucił w przytłaczającej jeszcze-ciemności (najciemniej jest godzinę przed wschodem słońca), gdzieś pomiędzy resztkami fajerwerków, brudnego śniegu na chodnikach i podejrzanymi typami kręcącymi się w przejściach podziemnych. No bo w końcu kto normalny spaceruje po mieście o 7 rano 1 stycznia?

Kiedy jednak przeszliśmy bliżej centrum i dzielnicy Mitte, zrobiło się spokojniej i nieco czyściej. Niebo stopniowo się rozjaśniało, a odmrażający palce mróz zwiększał widoczność. Niemiecka architektura w tych wyjątkowych warunkach wyglądała jeszcze bardziej surowo… i jeszcze bardziej niemiecko. Właściwie to miałam wrażenie, że w tym chłodnym, nośnym powietrzu zaraz rozlegnie się jakieś ‚hande hoch!’. Albo przynajmniej krótkie i ostre jak smagnięcie pejczem ‚halt!’.

 

 

 

 

Doba w naszym hotelu zaczynała się dopiero od 15, więc mieliśmy sporo czasu na błądzenie po berlińskich ulicach. Większość lokali była zamknięta, albo właśnie-zamykana, wyrzucając przygasłe gwiazdy minionego wieczoru na chodnik. Na szczęście okazało się, że jest jeszcze parę miejsc, gdzie można kupić coś na rozgrzanie. Wystarczyła nam kawa z MD, ale gdybyśmy zechcieli, moglibyśmy nabyć jedną z wszechobecnych miniaturek alkoholi – jeszcze mniejszych niż nasze ‚małpki’, które w niedzielę rano można znaleźć w każdej bramie i na każdym rogu. Nawet w tamtejszych Lidlach buteleczki ‚na dwa łyki’ ustawione są przy kasie, tuż obok papierosów, gum, chusteczek i kondomów. Wygląda na to, że zyskały tam rangę artykułów pierwszej potrzeby.

Gdyby jednak i takiej rozgrzewki było nam za mało, moglibyśmy spróbować czegoś więcej – tuż po tym, jak przekroczyliśmy granice jednego z parków, minął nas żwawy jegomość na rowerze, wykonujący sugestywny ruch pod nosem i głośno wciągający powietrze. Później spotkaliśmy jego kilkuosobową konkurencję. Ci mężczyźni o licu barwy haszyszu z niezwykłą wręcz sumiennością pilnowali ławek i latarni w kilku miejscach parku, a towarzyszył im słodki zapach tego, co w większości niemieckich landów jest zdepenalizowane.

Podobnie jak w parku, tak i na mieście w to święto pracowali głównie imigranci – większość otwartych budek z jedzeniem należała do przybyszy o raczej ciemnej karnacji. W porównaniu do tych, którzy osiedlili się w Paryżu lub Amsterdamie, ci nie byli aż tak dobrze zasymilowani – słabo mówili po niemiecku, jeszcze słabiej po angielsku. Ale za to  robili o wiele lepsze niż gdziekolwiek kebaby i najsmaczniejsze falafele, jakie jadłam w swoim życiu.

Po tym jak ogarnęliśmy kwestie miejskiego transportu i nabyliśmy dzienne bilety, urządziliśmy sobie wycieczkę do Poczdamu. To tylko 40 minut szybką koleją z centrum Berlina (w jednym wagoniku z mężczyzną, który najwyraźniej zapomniał wziąć tego dnia leków) i już jesteśmy w przeuroczym, niewielkim mieście o bogatej historii i czarującej architekturze.

 

 

 

 

Piękno zabytkowych pałacyków i kamienic swoją drogą, ale jako prostego człowieka równie mocno cieszyły mnie świątecznie przystrojone ulice.

 

Przejście Poczdamu wzdłuż i wszerz zaowocowało tym, że złapałam jakąś kontuzję stopy, dlatego też po powrocie do Berlina i zameldowaniu się w hotelu zajęliśmy się głównie testowaniem niemieckich piw. Które oczywiście są wyśmienite. Wiecie, że tam wszystkie, absolutnie wszystkie są wegańskie i nie posiadają dodatków typu zwierzęca żółć? Co więcej, niemieckie piwa zgodnie ze starodawnym prawem czystości powinny się składać tylko z czterech składników: wody, chmielu, słodu jęczmiennego i drożdży. Nie wiem czy to sugestia spowodowana wcześniej nabytą wiedzą, czy rzeczywista jakość tych trunków, ale po raz kolejny stwierdziłam, że dostępne w powszechnej sprzedaży polskie piwa są do niczego. I zupełnie dziwne wydaje mi się, że mimo wszystko obok Oettingera czy Paulanera w berlińskich lodówkach można było znaleźć też Tyskie i Lecha. No ale – w różnorodności siła (jak powiedział Noe kompletując załogę Arki).

Dzień 2 – ruszamy w miasto z poczuciem, że nic nie musimy. Żadnych muzeów, żadnych przymusowych punktów do zaliczenia. Idziemy i chłoniemy to, co się nawinie, wyłapując co lepsze smaczki. A tych nie brakuje. Dosłownie i w przenośni. Próbujemy słynnych currywurst, kolejnych piw i cieszymy się taniością jedzenia z budek i niewielkich lokali.

Na bogatości. Zwróć uwagę na wyjątkowy relikt przeszłości w przedmiocie cukierniczki.

 

Symbol Berlina nr 1. Pierwszego dnia był tylko w bluzie, drugiego dostał płaszcz przeciwdeszczowy. Ciekawe czy ma też osobistą bieliznę.

 

Symbol Berlina nr 2, dziwnie kojarzy mi się z Jasiem Wędrowniczkiem.

 

Kiedy sama siedzę na zewnątrz jednego z nich, wciągając azjatycki makaron z kartonu, nikt mnie nie zaczepia, nikt nie prosi o pieniądze, choć w okolicy nie brakuje ‚elementu’. Właściwie przez cały pobyt wpada na nas tylko jedna Cyganka, ale jest wyjątkowo uprzejma w swoich żebrach. Nawet stali bywalcy słynnego Dworca Zoo zajęci są głównie sobą. Lubię to (choć nie ukrywam, że od Dworca Zoo oczekiwałam jakiejś przygody lub przynajmniej ciekawych obserwacji).

 

 

 

 

 

 

Po trudach i znojach zakupów podczas wyprzedaży w Primarku (ten temat chyba zasługuje na osobnego posta), znów wychodzimy na miasto, nad którym zapada zmierzch. Robi się bardzo klimatycznie. Tak bardzo klimatycznie, że nie mam ochoty go opuszczać. Świąteczne światła na drzewach, rozświetlone wieżowce centrum, otwarte mimo zimna ogródki przed restauracjami… tu dzieje się magia. I właściwie nawet dla tego jednego wieczoru i tych paru godzin na zewnątrz w ciemnościach było warto przyjechać.

 

 

 

Berlinie, mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze kiedyś latem!

Poprzedni artykułWTORLINKI #36 – OSTATNIE
Następny artykułWTORLINKI #37 – NOWOROCZNE
Asia | LessFearhttps://www.lessfear.pl
Joanna. Pasjonatka psychologii, copywriterka, wrocławianka. Kocha świat nauki, ale ciągle wierzy w magię. Zadaje za dużo pytań i nie może żyć bez podróży. Jej duchowym zwierzęciem jest ratel miodożer.
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Ostatnie wpisy

Dlaczego ludzie zniechęcają się do psychoterapii albo w nią nie wierzą

Mimo rosnącej społecznej akceptacji dla chodzenia na terapię, często można spotkać się z komentarzami, które w najlepszym razie wyrażają powątpiewanie w tę metodę, w...

Nie, nie jesteś wysoko wrażliwym empatą

Na tym blogu mogliście zapoznać się z pojęciem osoby wysoko wrażliwej i empaty. Pisałam o nich w czasach, kiedy te pojęcia dopiero wchodziły do powszechnego...

Skutki uboczne euforii

Tyle razy zastanawiałam się, jak wrócić do pisania tutaj. Bo to, że chciałam wrócić, wiedziałam już jakiś kwartał temu, nie wiedziałam tylko, z czym...
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x