Jednym z powodów, dla których tak mało piszę o kosmetykach (czyt. prawie w ogóle), jest to, że w ciągu tego roku przestałam zawzięcie testować na sobie wszystko, co mi się nawinie. Nie kupuję każdej nowości czy każdego masthewu jaki pojawi się na blogach. Kiedy otwierałam Króliczka prawie dwa lata temu, było zgoła inaczej – szukałam w kosmetykach odpowiedzi na wieczne kaprysy cery, sposobu na ujarzmienie puszących się włosów i cudownego leku na ich wypadanie. Do tego nie miałam jednego ulubionego zestawu do makijażu. Wygląda jednak na to, że znalazłam już to, co mi służy i tego zamierzam się trzymać.
Jeśli macie ochotę, sprawdźcie, jak moje typy w zakresie pielęgnacji cery, włosów i makijażu mają się do Waszych.

MAKIJAŻ

Moje ulubione kosmetyki z tego działu widać na zdjęciu powyżej. Większość z nich to niska – średnia półka. Skoro się sprawdzają, to po co przepłacać?

Eyeliner Hi Tech Pierre Rene – uwielbiam za genialną konstrukcję i cienką końcówkę – pisak. Dzięki takiej budowie nawet osoba z drżącą ręką może zrobić przyzwoitą kreskę. Poza tym dobrze trzyma się oka i jest intensywnie czarny. No i ten kosmiczny design. Czego chcieć więcej? 
Podkład mineralny Annabelle Minerals matujący – wydajny, daje bardzo naturalny efekt, korzystny dla cery i do tego tani (4 g za 35 zł). Gdyby lepiej nadawał się na podróże, zrezygnowałabym całkowicie z płynnych podkładów. 
Róż Quiz – kosmetyk tani jak barszcz (ok. 5 zł), a dla mnie wręcz idealny. Piękny, subtelny odcień, który dodatkowo lekko rozświetla policzki. Niesamowicie wydajny (mam go już jakieś 1,5 roku). 
Tusz BigVolume Eveline – jego duża, bardzo wygodna i dobrze rozczesująca szczoteczka zdetronizowała mojego dotychczasowego faworyta – żółty tusz Pump Up z Lovely. 
Brązowy korektor do brwi Art Scenic Eveline – szybki sposób na ujarzmienie brwi i nadanie im lekkiego koloru. Dla naturalnych blondynek idealny. 
Pomadki utleniające Paris Memories – też tanioszka, ale urzekły mnie swoją trwałością. I kolorami. Wbrew pozorom nie malują ust na zielono i pomarańczowo, a każdemu nadają indywidualny, dopasowany do cery odcień, który utrzymuje się przez cały dzień. Bez rozmazywania i ścierania! 

PIELĘGNACJA CERY

Tutaj na wyróżnienie zasługują dwa produkty:

Czarne mydło, jak żaden inny kosmetyk dogłębnie oczyszcza cerę. Myślę, że to jemu zawdzięczam stopniowe wyjście na prostą po hormonalnej masakrze, jaką miałam na twarzy jeszcze w pierwszej połowie roku. Teraz nie ma już śladu po podskórnych gulach, a niedoskonałości pojawiają się pojedynczo, może ze trzy razy w miesiącu. Moje mydło to wersja eukaliptusowa, choć równie dobrze służyła mi też naturalna, ze sklepu Maroko. Obie mają mocno specyficzny zapach, ale dla TAKIEGO działania można go znieść.
– Po takiej porcji oczyszczania przydaje się głębokie nawilżenie, dlatego na noc używam kremu Oillan Balance. Już dawno żaden krem do twarzy nie zrobił na mnie tak pozytywnego wrażenia. Zgodnie z tym, co deklaruje producent na opakowaniu, przywraca skórze równowagę. Rano jest wypoczęta, ma ujednolicony koloryt, a ewentualne zaczerwienienia się zmniejszają. Tubka jest higieniczna i mieści się w każdej kosmetyczce, dlatego towarzyszyła mi w każdej podróży. 

PIELĘGNACJA WŁOSÓW

Tutaj tylko dwa kosmetyki, ale za to jakie! Oba kosztowały razem małą fortunę, ale są warte swojej ceny i kupiłabym je ponownie. 
Peeling do skóry głowy Detoxi Ag firmy Vivipharma – Pakowany w wygodne tubki po 15 ml, jedna starcza na 2 – 3 użycia. Nakłada się go na skórę głowy wilgotnymi palcami i masuje. Efekt? Głowa zaczyna oddychać i o wiele skuteczniej wchłania wszystkie wcierki i inne dobroci, jakie na nią nakładamy. Dla osób, które mają tak jak ja problemy z zaczopowanymi mieszkami włosowymi, a przez to wypadaniem (włosy wypadają często z ‚białą kulką’ na końcu), jest wręcz niezbędny. Jako pierwszy kosmetyk w tym roku przyniósł trwały przełom w moich problemach z wypadaniem (cała historia walki o włos tutaj).  
Serum Dermaheal firmy Caregen – wyjątkowy bogaty skład z peptydami biomimetycznymi stymulującymi wzrost włosów, koktajlem witamin, minerałów i sama nie wiem czego jeszcze. Zawierzyłam poleceniu trychologa i już po krótkim czasie używania wyczuwałam pod palcami igiełki baby-hair, a włosy na długości – mam wrażenie, że stały się bardziej błyszczące. Skuteczność działania serum zawdzięcza podobno specjalnej formule, usprawniającej przenikanie w głąb skóry. Polecam osobom, na które zwykłe wcierki nie działają. 
ZAPACHY

Pod koniec roku zrezygnowałam z używania perfum na rzecz… mgiełki i balsamu, które zaskoczyły mnie intensywnością swojego zapachu. Balsam to w Midnight Pomegranate z Bath & Body Works, który nie tylko ładnie pachnie, ale też całkiem przyzwoicie nawilża, jak na tak lekką formułę. Mgiełka, która do złudzenia przypomina B&BW swoją stylistyką, to produkt tańszej marki Bodycology, pamiątka z USA (szkoda, że niedostępna w Polsce). Oba pachną słodko, owocowo, i powtórzę się – bardzo trwale. Woń balsamu utrzymuje się na mojej skórze aż do prysznica, a mgiełki (na ubraniach) przez dobre parę godzin. Przy takiej pojemności można bez żalu ponawiać spryskiwanie kilka razy dziennie. Ciągle myślę o znalezieniu swojego idealnego zapachu perfum, ale odkąd mam te produkty, nie spieszy mi się do tego aż tak bardzo.

I to chyba wszystko, więcej hitów nie odnotowałam.

Znacie któreś z nich, podzielacie moje zachwyty?

PS – Wtorlinki pojawią się gdzieś między dziś a jutrem ;)