Jesteś w autobusie. Albo nie, w tramwaju. Popołudnie, czas powrotów do domu, ludzi więc nie brakuje. Tłok. Oddychacie jednym powietrzem, dzielicie tak ograniczoną przestrzeń, że nie sposób się nie dotknąć. Mimo to uciekasz i oni też uciekają przed tym niechcianym kontaktem: usztywniając ciało skupiacie się na muzyce, książce, gazecie czytanej komuś przez ramię, czy nawet przyklejonym na szybie spisie kar za brak biletu. Byle dotrwać do swojego przystanku.


W końcu, Twoje oczy podnoszą się z czyichś kolan i wiedzione nudą, a może ciekawością, prześlizgują się po jego/jej twarzy. Nie da się tego nie wyczuć, więc po chwili obserwowany obiekt zaczyna sprawdzać, czyją uwagę przykuł. Dyskretnie omiata wzrokiem przestrzeń: lewo, prawo… aż trafia: TY! Czasem ten moment skrzyżowania spojrzeń sprawia, że w środku niemal podskakujesz, czasem jest jak wybuch, którego siła ogrzewa Ci wnętrze i wytrąca z równowagi. A ta sekunda, te kilka jej ułamków, zanim oboje zawstydzeni spuścicie powieki, mówią Ci więcej, niż gdybyście mieli wymienić parę zdawkowych słów i podać sobie ręce.


***

 

Miasto, droga do i z pracy, do i ze szkoły, zakupy, spacery, bieganie – nie ma szans, żeby codziennie nie spotkać setki albo kilku setek całkiem obcych osób. Mijamy się z obojętnością, często pozorną, bo jednak nasze oczy wędrują po sobie. Łapiemy te spojrzenia jak motyle do dziurawej siatki, szybko oceniając: wróg? przyjaciel? seks? ucieczka? przeszkoda na drodze? podobieństwo? różnica? przyjemność? odraza? Miliony możliwych skojarzeń. Zanim przebrzmi wydech i wdech, zanim zatrzepoczą rzęsy, wydaje nam się, że już wiemy o sobie to, co powinniśmy wiedzieć. Krzyżując spojrzenia na tę krótką chwilę, która jeszcze nie przegrała ze wstydem i konwenansami, zaglądamy w siebie głębiej, niż pozwala ludzka przyzwoitość.

I czasem, gdy tak patrzymy, możemy dostrzec potrzebę, z którą nie wiadomo, co zrobić. Możemy trafić na głód, którego nijak nie jesteśmy w stanie zaspokoić. Możemy znaleźć tęsknotę, wewnętrzną pustkę, która zassie nas do środka, jeśli pozwolimy sobie utrzymać kontakt o sekundę za długo. Jak wtedy uciec, jak wrócić do wcześniejszej spokojnej nieczułości?

Są ludzie, których wzrok woła nas do siebie bezgłośnie i jest w tym jakiś rodzaj rozpaczy. Są też tacy, którzy spod rzęs wysyłają sygnał zachęcający do zabawy – niby zupełnie niewinnej. Ile w tym niewinności, odkryjemy, gdy godziny później nadal nie będziemy mogli odnaleźć równowagi.

Mierzymy się wzrokiem. 

Mężczyźni z mężczyznami, kobiety z kobietami – porównujemy, szybko ustalamy miejsce w hierarchii tłumu. Nasze skrzyżowane spojrzenia są jak dłonie zwarte w próbie sił.

Mężczyźni z kobietami – sprawdzamy, testujemy możliwości, czasami nawet pomimo tego, że pod rękę prowadzimy inną parę oczu,  albo wewnątrz nosimy przyrzeczenie.

Prowadzimy miejską grę, której skutków do końca sobie nie uświadamiamy, albo nie chcemy uświadamiać. Szukamy zainteresowania, zrozumienia, rozrywki, pomocy, porozumienia, zmiany… czegoś ludzkiego w tym bezosobowym tłumie. Każdego dnia nawiązujemy i zrywamy dziesiątki zdawkowych kontaktów, z czego o większości jutro nie będziemy już pamiętać.

A może właśnie o to chodzi w tej rozgrywce – żeby zostać zapamiętanym?

Przez kogokolwiek, jakkolwiek, choćby na chwilę?



Możesz schować rumieniec, starannie pokrywając twarz makijażem. Możesz opanować drżenie rąk, wkładając je do kieszeni i zmusić nogi, żeby przestały nerwowo dreptać w miejscu. Możesz zająć usta papierosem i zamilknąć, nie dając ujścia słowom, które z przejęcia gubią sens. Wiele możesz ukryć, ale dopóki nie zamkniesz oczu, to wszystko na nic.

Twoje spojrzenie jest tym, co przemawia najgłośniej.