„Nie jestem tak szalony, by w tej kwestii cokolwiek mniemać lub nie mniemać” – Gombrowicz.

 

Post o tym tytule miałam w roboczych notatkach jeszcze na starym blogu, wieki temu. Planowałam zamieścić tam przemyślenia na temat sporego grona ludzi, którzy we wszelkich ankietach i kwestionariuszach wybierają najczęściej odpowiedź ‚nie wiem/nie mam zdania‚. Na wieść o tym, że można NIE MIEĆ ZDANIA na dość proste i ważne tematy łapał mnie lekki bulwers. Toż to ignorancja, społeczna bierność, intelektualne lenistwo! – krzyczałam w duchu.
Dziś kajam się z pokorą wobec osób, które potrafią to otwarcie przyznać. Im jestem starsza, tym bardziej wiem, że nic nie wiem, a moje możliwości postrzegania i wnioskowania o rzeczywistości są na tyle ułomne, że czasem rozsądniej jest wybrać to bezpieczne, neutralne NIE MAM ZDANIA. Albo po prostu zamknąć japę.

 

Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób powstają ludzkie opinie?

Podlegamy mieszance tak wielu wpływów, że trudno jest powiedzieć, czy jakikolwiek sąd lub myśl są w istocie nasze własne, czy raczej wykształcone przez wpływ wychowania, szkoły, społeczeństwa, siły autorytetów, itd. Ile z nich łyknęliśmy jak hodowlany królik paszę, ile z nich wchłonęliśmy niemal z powietrzem, nawet sobie tego nie uświadamiając?

Wiadomo, socjalizacja socjalizacją, bez niej moglibyśmy wylądować w puszczy, ale ile w tym wszystkim jest NAS, nas prawdziwych, tych z samego środka – środka? Ile razy, przed wyrażeniem opinii na jakiś nośny, aktualny temat, o którą trąbią media, piszą blogi, zapoznaliśmy się z doniesieniami co najmniej kilku, niezależnych od siebie źródeł, wykonaliśmy wysiłek rozumowania? W czasach, gdy wszyscy wokół piszą i mówią nam, co mamy myśleć, możemy czuć się z niego niemal zwolnieni. Zwłaszcza, że podnoszenie wspólnego krzyku i okupowanie jednej ze stron barykady razem z podobnym nam tłumem budzi poczucie wspólnoty. A my, jako zwierzęta stadne, karmimy się tym uczuciem. Ogrzewamy się ciepłem i blaskiem odbitym i rozproszonym w tysiącach naszych braci. Jesteśmy silni i bezpieczni – bo razem.

Jakże często wydaje nam się, że jesteśmy na tyle dojrzali i ukształtowani, odporni na manipulację i spostrzegawczy, że możemy swobodnie oceniać wszystko, co wokół nas się dzieje i wszystkich, którzy nas otaczają… Jakże często własnego zdania i z pełną mocą wyrażanych opinii używamy podobnie jak pies wiadomej cieczy – do znaczenia terenu magicznym kręgiem. Tylko go nie przekraczaj, to moje terytorium! A czy mam rację, czy nie, to już drugorzędna sprawa. Moje opinie mnie tworzą – bo przez co innego miałbym siebie opisać?

Szukałam odpowiedzi w świecie, który ludziom najbardziej spragnionym porządku daje zbawienne wrażenie ładu i kontroli – w świecie nauki. W jego kręgach nawet konstruowanie opinii opisane jest ścisłym algorytmem. Zaczyna się od zadawania pytań – bo skoro mamy wyrazić opinię, powinniśmy poznać najpierw jej składowe i różne aspekty, słowem – podejść do zagadnienia kompleksowo. Mając już wizję tego, co dokładnie chcemy wiedzieć – wykonujemy research i śledzimy np. historię badań (doniesień) na dany temat. Z taką historyczną wiedzą możemy spróbować konstruować hipotezy, jednak oczywiście każdą z nich będziemy musieli sprawdzić doświadczalnie (przez konfrontację/obserwację itp.). Na koniec, po przeanalizowaniu tak zebranych danych i dojściu do pewnych konkluzji, możemy zakomunikować światu rezultat, którego (teoretycznie) nie będziemy musieli się wstydzić, ani zaraz odwoływać – czyli właściwą opinię na dany temat. Proste? Jak teoria względności… 

Niestety nawet naukowcy się mylą i robią to po wielokroć. W końcu są tylko ludźmi. A wszystko wokół jest tak bardzo niepewne i zmienne. Choćbyśmy codziennie oczyszczali umysł medytacją, testowali rzeczywistość nie tylko szkiełkiem i okiem, ZAWSZE będziemy dalecy od prawdy. Czasem może nawet popieści nas miłe złudzenie, że musnęliśmy jej powierzchnię, czasem wręcz upijemy się, dorywając do jej strumienia, ale czy to znaczy, że poznamy ją całą? Jest moja prawda i Twoja prawda, jest prawda biała, czarna i w więcej niż 50 odcieniach szarości, ale czy istnieje coś takiego jak… prawda obiektywna? Śmiem wątpić. Odbieram sobie prawo do bycia pewną czegokolwiek.

Nie jestem mistrzem nie-oceniania i nie-opiniowania. Ocenianie jest silniejsze ode mnie, w końcu uczono mnie tego przez lata. Wpojono mi do głowy, że to warunek przetrwania i odnalezienia się nie tylko w społeczeństwie, ale i w głuchym lesie. Gdziekolwiek.

Całe życie obserwuję jednak, jak moje opinie, poglądy i fundamenty osobowości kolejno kruszą się i mieszają z błotem. Deptam po tym, co kiedyś mnie tworzyło, co było dla mnie wspierającym filarem. Każde moje wczorajsze ‚ja nigdy’ lub ‚ja zawsze’, dziś przestaje być zasadą. A ja przestaję być człowiekiem z zasadami. Nie powinnam czuć się obrażona, gdy ktoś nazwie mnie hipokrytką – bo jestem nią w istocie, według popularnego rozumienia tego słowa.

Dziś nie podpiszę się już pod wszystkim, co w przeszłości publikowałam na tym blogu, ale też nie zamierzam tego kasować. Niech pozostanie tu, jako kronika moich zmian i wahań. Nie wiem czy i ten tekst nie wyda mi się za pół roku smętnym bełkotem. Nie wiem, ale nie zrezygnuję z poszukiwań odpowiedzi. Mam dziwne przeczucie, że w tym wszystkim nie tyle ważne jest, by złapać króliczka, co by nigdy nie przestać gonić go.

(prawdopodobnie, warunkowo i póki co) Amen.