Dzień drugi, czyli poranek w Phoenix,
w motelu jak z filmów (każdy pokój z osobnym wejściem z zewnątrz). Przed nami długa droga do Wielkiego Kanionu,  a wieczorem powrót na nocleg do miasta Flagstaff.

Mimo 30 godzin na nogach poprzedniego dnia, przespałam tylko jakieś 5, po czym mój dowcipny umysł zarządził pobudkę. Wzięłam się więc za odpisywanie na maile i inne internetowe sprawy, aż nie mogłam wytrzymać  i zaczęłam chodzić po pokoju, budząc Ł. Najwyższa pora na wczesne śniadanie, które jest w cenie noclegu (44$ za dwie osoby, nie jest źle!). W motelowej jadalni zastanawiamy się jednak, czym my tu mamy się najeść… Jest wybór słodkiego pakowanego w folię pieczywa, które ma w sobie więcej cukru niż mąki.
Są tosty ze śnieżnobiałej, idealnie miękkiej, idealnie okrągłej buły, której aż boję się dotykać. Są soki, które raczej nie widziały owoców w swoim życiu, ale na pewno znają się dobrze z syropem glukozowo – fruktozowym. Zapychamy się więc kawą i w miarę dobrymi muffinami, które pomimo fatalnego początku składu są wzbogacone różnymi witaminami – chyba żeby zatrzeć złe pierwsze wrażenie. Zagadujemy do Francuzów ze stolika obok, którzy wyraźnie krzywią się na te przysmaki. Tutaj wszystko jest… inne – komentują.
W cenie biletu mamy również darmową podwózkę do wypożyczalni samochodów
znajdującej się obok lotniska. Wsiada z nami para starszych Anglików, którzy
wciągają nas w rozmowę o naszych planach i swoich podróżach. Trochę dziwią się,
że jeszcze nie byliśmy w UK i że… nikt z naszej rodziny tam nie pracuje.
Chwalą polskie pierogi i pewnie jak większość Europejczyków narzekają na
tutejsze jedzenie, zwłaszcza na brak dobrej herbaty – czemu mnie to nie dziwi?

 

 

Po kilku perypetiach udaje nam się wypożyczyć typowy amerykański samochód – dość duży w porównaniu do polskich standardów, na wysokich kołach. Jedziemy w stronę Wielkiego Kanionu!  Przed nami 4 godziny drogi amerykańskimi autostradami. Tereny za Phoenix są strasznie suche i porośnięte kaktusami. Aż dziw bierze, że ktoś chce tu mieszkać, ale co jakiś czas natykamy się na domy pośrodku niczego.

 

 

 

 

Im dalej, tym krajobraz zmieniał się na bardziej znajomy – wzgórza porośnięte
świerkami i suche łąki dokoła, na których co pewien czas pasły się krowy. I góry majaczące się w tle przez większość drogi.

 

 

X kilometrów
dalej, paczkę suszonej wołowiy i dwie paczki wege-chipsów później, wjeżdżamy na
teren Narodowego Parku. Płacimy za tę przyjemność 25$ (za co możemy przebywać tu
7 dni, choć w planach mamy tylko 1).

Dojeżdżamy do pierwszego punktu widokowego, a ja zastanawiamy się, gdzie te cały kanion, skoro przez całą drogę nie było go
widać? Oczekiwałam, że będzie majaczył się na horyzoncie co najmniej na godzinę
przed, a zapomniałam o oczywistej rzeczy – kanion, jak to kanion jest
zagłębieniem w ziemi, nie wzniesieniem… (#blondgirl) Dlatego kiedy wychodzimy za róg
parkingu zupełnie nie spodziewamy się tego, że go zaraz ujrzymy. Tak nagłe
zetknięcie z tym widokiem rozszerza nam źrenice i powoduje wybuch
niekontrolowanego śmiechu – ze szczęścia, szoku, niedowierzania? Nie wiem, być może czuliśmy mieszaninę tego wszystkiego. To jest widok, który się nie tylko
widzi, ale  i czuje. Może nawet przede
wszystkim czuje.

Cholera, starałam się jak mogłam oddać to na zdjęciach, ale nie wiem jakie
potrzebne byłyby do tego umiejętności i obiektywy:

 

 

 

 

 

Turystów było
podobno mniej niż zwykle, ale dla nas i tak tworzyli niezły tłumek. Nie
brakowało zwłaszcza starszych Azjatów z milionami aparatów, i młodszych Azjatów w wersji rozwydrzonej: ustawiali się na krawędziach skał i podskakiwali w górę, żeby mieć jak najatrakcyjniejsze zdjęcie. A mnie bolał brzuch od samego patrzenia na to. Z resztą, nie tylko Azjaci tak się zachowywali i nie tylko młodzież popisywała się lekkomyślnością – widziałam rodziców, którzy pomogli swojemu ok. 10-letniemu synowi przejść za barierkę, na niżej położoną skałę… Niejeden z tutejszych turystów zarobił już Nagrodę Darwina – zainteresowanym polecam ten artykuł.

Po tym wszystkim dawał o sobie znać mój lekki lęk wysokości, więc najlepiej czułam się w zabezpieczonych miejscach (takich nie było wiele).

 

Wielu ludzi jednak wydawało się nie odczuwać go w ogóle. A może tak bardzo poświęcali się pasji/zawodowi, żeby złapać idealne ujęcie?

 

Nie wiem ile czasu spędziliśmy w Kanionie, i ile kilometrów przeszliśmy wokół jego krawędzi, ale w pewnym momencie głód kazał nam wracać. Kierunek: Flagstaff, z którego wiedzie prosta droga do Las Vegas, naszego jutrzejszego celu. Po drodze obserwujemy jeszcze grę świateł i cieni nad innymi częściami kanionu i żeby lepiej wczuć się w klimat, słuchamy z radio klasycznego rocka na przemian z country, które w takich okolicznościach przyrody brzmi nawet znośnie.

 

Na miejscu jeździmy od motelu do motelu, próbując znaleźć dobrą cenę, ale tutaj są one dość wysokie. W końcu godzimy się na 69$ za noc. Czy to miejsce było tyle warte?

 

Tak powstawał poprzedni post :)

W cenie dostajemy znowu śniadanie, które nie zachęca do jedzenia – wybór posiłku jest wyborem mniejszego zła. Trudno, najemy się po drodze, a na zakwaterowaniu oszczędzimy w Vegas, gdzie nawet wysokiej klasy hotele sprzedają noclegi w podobnej lub niższej cenie.
C.d.n

PS – Te słowa piszę z dokładnie tego samego hotelu, w którym zatrzymali się bohaterowie Las Vegas Parano! W kolejnym poście droga w górach lepsza niż rollercoaster, legendarna Route 66, miasteczko żywcem jak z westernu, tama Hoovera no i…Vegas :)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o