DZIEŃ 1 – LOT DO USA I 30-GODZINNA DOBA

 
Let the journey begin! Pomyślałam sobie  o 3 nad ranem w poniedziałek, kiedy to zerwaliśmy się (albo raczej – stoczyliśmy) z łóżka, i zaczęliśmy miotać się
między pokojami (wszystkimi dwoma), sprawdzając czy na pewno niczego nie
zapomnieliśmy. Czas wyjść na taksówkę. Na wrocławskim lotnisku jesteśmy
sporo przed czasem, więc nadajemy bagaż i idziemy na odprawę. Wyjmujemy z
podręcznych bagaży wszystko, co musi być osobno sprawdzone, ale przy przejściu
przez bramki oboje i tak pikamy, więc załapujemy się na macanko. Pierwsze z kilku tego dnia.

WROCŁAW – FRANKFURT
Dalej jest już lepiej. Po dłuższym czasie oczekiwania wsiadamy na pokład
Lufthansy, na której witają nas dwie radosne Helgi (typowa niemiecka uroda,
wiek przedemerytalny). Do Frankfurtu lecimy tylko godzinę, lądujemy bezpiecznie
i wszystko jest cacy. Ale na miejscu okazuje się, że to lotnisko w porównaniu
do Wrocławskiego to potężny kolos! Chwilę błądzimy w poszukiwaniu odpowiedniego
miejsca na kolejną odprawę. Nasz bagaż podręczny przechodzi przez skaner bez
problemu, ja – znowu nie. Kolejne macanko, tym razem już nie ręczne –
strażniczka przesuwa tuż przy moim ciele specjalnym urządzeniem, które piszczy
przy butach. Tyle zachodu o metalowe skuwki sznurówek? Ale to nic.
FRANKFURT – HOUSTON

 

Na lotnisku we Frankfurcie mamy jeszcze trochę czasu, więc czytamy, jemy i
przygotowujemy się mentalnie na następny lot, do Houston w Texasie. 14 godzin na
pokładzie samolotu… Całe szczęście, że znowu jest to gościnna Lufthansa.
Znowu dostaję miejsce przy oknie. Młodsze, ale mnie przyjazne stewardessy
karmią nas porcją obiadu jakby dla siedmiolatka, ale to nic. Całe szczęście, że
mają wegetariański makaron. Hmm, cały dzień w samolocie, co robić? Badam system rozrywki w tabletach wbudowanych w oparcie siedzeń i wybieram najdłuższy bollywódzki film, jaki znajduję. A potem kolejny. I kolejny…

 

Próbuję śmiać się z pasażera za mną, który za każdym razem, kiedy przechodzi stewardessa, prosi o wódkę z colą, i mimo, że dowiaduje się, że tego akurat nie ma, uparcie pyta każdej kolejnej stewardessy i stewarda o wódkę z colą. Nie wiem co w końcu pije, ale nawet pomimo tego, że dzieli nas oparcie siedzenia, czuję jego alko-wyziewy. Miło. Równie miła jest pani przede mną, która lubi znienacka odchylić do tyłu siedzenie, tak, że tablet z filmem niemal uderza mnie w nos. Ale to nic, to nic. Robimy się naprawdę głodni. Kolejnymi mini-paczkami orzeszków oszukujemy żołądki aż do kolejnego mini-posiłku. Gdzieś między snem a jawą uświadamiam sobie, że przed nami ostatnia godzina lotu. Wewnętrznie podskakuję z radości, na zewnątrz nie poruszam się wcale, bo moje kości utrwaliły pozycję, jaką przez ten czas przyjmowałam. Żeby nie było jednak łatwo, kapitan ogłasza, że nasze lądowanie się opóźni, bo musimy ominąć burzę i w dodatku poczekać w kolejce innych opóźnionych samolotów na pozwolenie do lądowania. Krążymy więc i krążymy. Ale to też nic. 
 
LOTNISKO W HOUSTON
Kiedy w końcu lot się kończy, z radością przyćmioną zmęczeniem wysiadamy w Houston. Razem z całym europejskim tłumem podążamy do kolejki, która zygzakiem przesuwa się w kierunku urzędników imigracyjnych. Zanim odbierzemy bagaż i przejdziemy kolejną odprawę musimy porozmawiać z amerykańskim inspektorem, strzegącym tego, by poza teren lotniska nie wyszli terroryści, nielegalni imigranci i Bóg wie, kto jeszcze.
Po jakiejś godzinie dreptania wśród innych, stajemy przed okienkiem, za którym siedzi potężnie zbudowana Murzynka w dredach. Pyta nas, dokąd się udajemy. Opisujemy cały plan podróży, dodatkowo Ł. mówi o konferencji, jaką ma w ostatnich dniach przed wylotem. Murzynka mierzy nas wzrokiem i ze śmiertelnie poważną miną cedzi: you are not tourists! Pyta nas czego szukamy w Phoenix, do którego zamierzamy zaraz lecieć, skoro niczego atrakcyjnego tam nie ma. Czepia się pojedynczych słówek w naszych wypowiedziach, i podważa każdy z naszych argumentów. Rozmowa wydłuża się, orientujemy się, że innym szło zdecydowanie szybciej… W końcu kobieta prosi Ł. o odciski palców i wykonuje zdjęcie (albo skan tęczówek?) za pomocą dziwnego urządzenia. U mnie to samo. Lekko uśmiecham się, co komentuje stwierdzeniem, że teraz nie może tego porównać z moim sztywnym zdjęciem na wizie „bo przecież wy, Polacy, nigdy się nie uśmiechacie. Macie tam za zimno żeby się uśmiechać?„. Ł. mówi coś o Polsce, na co ona znów z pełną powagą i wyrzutem w spojrzeniu mówi: wiem jak jest w Polsce, byłam tam. Myślałeś. że to niemożliwe? Ł. przeprasza za ten szybki osąd, po czym Murzynka wybucha skrzekliwym śmiechem: i got ya! Musicie popracować nad poczuciem humoru! Oddaje nam dokumenty i życzy miłej podróży. Po odejściu od okienka spoglądamy na siebie bez cienia uśmiechu, jak zombie na zombie. Ha-ha-ha, kurwa.Czas na kolejną odprawę. Pozostali urzędnicy na lotnisku są więcej niż wyluzowani – puszczają sobie muzykę z komórek, wydają ludziom komendy nawet na nich nie patrząc i gadają między sobą. Bagaż przechodzi, my jesteśmy macani już nie ręcznie, ani małym skanerem – wchodzimy boso do zamykanej kapsuły, stajemy w rozkroku i z uniesionymi rękami, a maszyna skanuje nas automatycznie. Teraz tylko sprawdzenie biletów i deklaracji co wwozimy na teren stanów i możemy spocząć. Oglądamy lotnisko od drugiej strony, czekamy na kolejny lot. Ups, opóźniony dwie godziny. Nie wylecimy o 18:40, a o 20:50. Ale to nic. Gdzieś o 3 w nocy naszego czasu jemy cokolwiek w jednej z restauracji. Nie wiem czy to niewyspanie, czy długi lot, ale mam halucynacje: wydaje mi się, że cały czas się kołyszę.

HOUSTON – PHOENIX
Nie pamiętam nic z tego lotu. Wsiadłam z nastawieniem: przetrwać, zwłaszcza, że przydzielono nam miejsca z dala od siebie i siedziałam obok jegomościa o typowo amerykańskiej posturze. Ponieważ lecieliśmy już nie Lufthansą, a United Airlines, standard był dużo niższy, a siedzenia strasznie niewygodne. 2 godziny później jesteśmy na miejscu, w Phoenix. Pytamy o koszt taksówki do wybranego wcześniej motelu. 60 $. Eee, no thanks, Na szczęście okazuje się, że jest darmowy mini-autobus, który podwozi nas pod sam motel. Wybieramy pokój, rzucamy się na łóżka, w przelocie tylko konstatując, że nasza doba liczy sobie już 30 godzin… Magia. Zasypiamy w pół drogi głowy do poduszki. Jutro Grand Canyon.***

PS – nie ogarniam różnic czasu i daty, ale w momencie kiedy to piszę jest już 3 dzień naszej podróży, tutaj, we Flagstaff jest jakaś 8 rano, wczoraj widzieliśmy Wielki Kanion, a dziś ruszamy na podbój Vegas. Wieczorem dodam pewnie relację z Kanionu – zdecydowanie fotorelację, bo pisanie utrudnia mój zdezorientowany umysł i zrywające się połączenie internetu. Do jutra.
Asia | LessFearhttps://www.lessfear.pl
Joanna. Pasjonatka psychologii, copywriterka, wrocławianka. Kocha świat nauki, ale ciągle wierzy w magię. Zadaje za dużo pytań i nie może żyć bez podróży. Jej duchowym zwierzęciem jest ratel miodożer.
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Ostatnie wpisy

Dlaczego ludzie zniechęcają się do psychoterapii albo w nią nie wierzą

Mimo rosnącej społecznej akceptacji dla chodzenia na terapię, często można spotkać się z komentarzami, które w najlepszym razie wyrażają powątpiewanie w tę...

Nie, nie jesteś wysoko wrażliwym empatą

Na tym blogu mogliście zapoznać się z pojęciem osoby wysoko wrażliwej i empaty. Pisałam o nich w czasach, kiedy te pojęcia dopiero wchodziły do powszechnego...

Skutki uboczne euforii

Tyle razy zastanawiałam się, jak wrócić do pisania tutaj. Bo to, że chciałam wrócić, wiedziałam już jakiś kwartał temu, nie wiedziałam tylko,...
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x