Zbliżała się 23 – według planu miałam już grzecznie zasypiać, żeby wymóc na swoim ciele wcześniejsze wstawanie. Ale nie. Nie pójdzie ci tak łatwo – powiedział mózg i zesłał na mnie potrzebę szybkiego dożylnego podania dawki Internetu. Jedną z pierwszych włączonych stron była ta niebieska. Pobudzająca i stawiająca na baczność… mózg, prawie jak romboidalna tabletka w tym samym kolorze. Tyle emocji, tyle wydarzeń w jednym miejscu! I tyle żenady. To nie pierwszy raz, kiedy zobaczyłam coś takiego, ale wczoraj pękła mi żyłka odpowiedzialna za milczenie na temat niecnego procederu uprawianego na Facebooku przez niektóre kobiety. W tym moje znajome, niestety.

Emocjonalny ekshibicjonizm…

w Internecie istnieje znacznie dłużej niż sam Facebook, dłużej niż blogi nawet (kto by pomyślał, że było życie przed blogami!). Ale to na Facebooku właśnie znalazł idealne pole do rozkwitu i rozmnażania. To tu przecież wszyscy łączymy się w jedną wielką, radosną sieć kontaktów, podpisanych oficjalnymi nazwiskami i prawdziwymi twarzami (zazwyczaj, nie wiem czy wliczać w to zdjęcia umiejętnie przycięte metodą ‚wcale nie mam drugiego podbródka’ oraz ‚w 96 miałem jeszcze całkiem dużo włosów, zapamiętaj mnie takiego’). To tutaj mamy też idealną okazję, by zagrać na nosie byłemu chłopakowi czy puścić oczko potencjalnemu (klik ‚zaczep’, klik ‚zaczep’ – no czemu do mnie nie napiszesz, przeklęty draniu?!), a także pokazać światu jakie mamy wspaniałe i wierne psiapsióły, z którymi tak fajnie bawimy się co weekend (i gdy tylko mają problemy, nagle pada nam telefon a sąsiad zalewa mieszkanie – ale friends will be friends)…

Największy fun zaczyna się jednak, kiedy dochodzi do aktywności tych, którzy są w stałych związkach  i kontaktów par pomiędzy sobą (o ile wcześniej nie założyli wspólnego konta ‚Teresa Wacław Kowalscy z psem’). Niektórzy z nieznanych przyczyn uznają, że Facebook jest najlepszym z możliwych miejsc do wywierania wpływu na swojej drugiej połówce, do stosowania emocjonalnego szantażu i publicznych zawstydzań. Zawstydzeń? W każdym razie, chodzi o

wstyd.

Któryś poniedziałkowy poranek powitałam z zamieszczoną na tablicy opowieścią młodej żony i matki jednocześnie, rozczarowanej postawą jej męża, który jeszcze nie wrócił z sobotniej imprezy z kolegami – kawalerami. To fakt, też bym przyznała, że to niezwykłej miary skurwysyństwo, zwłaszcza gdy ma się niemowlaka w domu, ale nie zrobiłabym tego przed jakimiś trzema setkami średnio-znajomych i raczej-obojętnych osób, do których ów post dotarł. Gdyby tego jeszcze było mało, rozwścieczona żonka umieściła na tablicy najbardziej obciachowe z obciachowych zdjęć męża, z czasów gdy miał wystające zęby, brzuch, i nosił koszulkę wciągniętą w spodenki. Oczywiście odpowiednio go przy tym oznaczając, tak by nikt nie śmiał pomylić go z kimś innym i kara była tym bardziej sroga.

Czy szokowa terapia Facebookowa zadziałała na męża – nie wiem, w każdym razie przynajmniej było wiadomo, co się wydarzyło w Vegas. Reszta koleżanek z problemami w związkach nie mogła już poszczycić się taką otwartością swoich internetowych działań. Stosowały bowiem metody tak subtelne, że zrozumieć mogła je jedynie inna kobieta. Bo czymże dla mężczyzny jest wrzucanie na tablicę nostalgicznego zdjęcia z jeszcze bardziej refleksyjnym napisem:

Mężczyzna spojrzy i oceni: „szkoda, że nie widać cycków”, przy drugim spojrzeniu dodając: „za długie, nie czytam!” Tymczasem, biedne, usychające po drugiej stronie ekranu dziewczę wysłało w ten sposób najgłośniejszy w swym życiu sygnał: „zauważ mnie, dupku, zauważ! Zrób coś, nie wiem co, ale zrób, żeby było jak w filmach!”. I jeśli dupek tego nie zauważy, a nie zauważy na pewno, przynajmniej nie w taki sposób jakby dziewczę chciało (bo poprzeczka jej romantycznych wymagań ustawiona jest pod gdzieś pod różowymi od zachodzącego słońca chmurkami) to….. czeka ich katastrofa. Nie, dziewczę nie odejdzie, na pewno jeszcze nie teraz, ale będzie cokolwiek nierozmowne i wzdychające przynajmniej trzy razy na godzinę, a słowo NIC! na stałe wejdzie do jej słownika. Właściwie to mogłaby je nosić na t-shircie.

Całe szczęście, że są…

koleżanki!

Koleżanki szerujące obrazek, koleżanki lajkujące, koleżanki komentujące go z oznaczeniem swojego osobistego narzeczonego: „Marek Kowalski – pozdrawiam!”. A skoro koleżanki tak dobrze rozumieją, o co chodzi, to jak głupi musi być facet żeby się nie domyślić?! Czasem jednak i one mają dosyć, a co niektóre (zdrajczynie Ruchu Zjednoczenia Jajników!!!) wręcz wyśmieją takie zachowanie, albo nie okażą należytego wsparcia. Co wówczas? Pozostaje tylko wrzucić kolejne wyznanie w pięknej i poruszającej dupę, znaczy duszę!, graficznej oprawie:

I wszystko wiadomo. Znaczy tak właściwie to nic nie wiadomo, nie wiadomo czy to tak zaawansowana ironia, że rozumie ją jedynie autor, nie wiadomo do kogo to i za co. A gdy ktoś (wreszcie!) troskliwie zapyta: „co się stało kochana? :C”, pada odpowiedź: „niektórzy po prostu  mają dziwne problemy”, albo wymowne wskazanie na swój „NIC!”-t-shirt.

I tak to się kręci, piątek świątek i niedziela, jedni emanują kolejnymi chwilami szczęścia ze swoich wzorcowych i czystych jak koszule Chajzera związków, innym pozostaje nieme wyrażanie weltschmerzu i zawiedzionych nadziei pokładanych w partnerze, poprzez paradę obrazków ze weheartit, we-fart-it, zszywki, zrywki, albo tych-myśli.pl czy braku-myśli.eu.

A gdzieś tam w Ju-es-ej Zuckenberg liczy milion za milionem, ciesząc się z tego, jak bardzo uprościł społeczną komunikację jego godny Nobla wynalazek.