Wyciąga ręce wielu, ale czy każdy powinien? / zdj.: vasi.net /

Kilka lat temu dosyć dziwnym zrządzeniem losu trafiła mi się okazja podjęcia pracy w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. Pomyślałam sobie: pewnie pierwszy i ostatni raz skorzystam ze zdobytego wykształcenia, może do tego czegoś nauczę się o życiu. Nie przypuszczałam jednak, że nauczę się aż tyle… I że tyle z moich dotychczasowych poglądów wróci z podkulonym ogonem do Krainy Słodkiej Naiwności, którą, jak mi się wtedy wydawało, opuściłam bez żadnych bagaży.

Ponieważ pracę zaczynałam od września, zostałam rzucona od razu na głęboką wodę. Wrzesień to najgorętszy okres w OPS-ach. Dzieci idą do szkół, a rodzice składają wnioski o dofinansowanie pociechom dojazdów, dożywania, podręczników i przyznanie stałych zasiłków – tylko za fakt posiadania dziecka. W ciągu dwóch pierwszych miesięcy poznałam więc większość podopiecznych ośrodka, z częścią z nich miałam osobisty kontakt podczas obsługi wniosków. Reszta stałych ‚klientów’ też pokazała się prędzej czy później i zaznaczyła swoją obecność. Mogę powiedzieć, że  w ciągu sześciu miesięcy, które tam spędziłam, poznałam dziesiątki ludzkich historii i w większości nich mocno uderzyło mnie w twarz jedno…


WYUCZONA BEZRADNOŚĆ

Zadaniem Ośrodka Pomocy Społecznej nie jest rozdawanie pieniędzy każdemu, kto się po nie zgłosi i spełni określone ustawą kryteria – tym zadaniem jest przede wszystkim motywowanie i pobudzanie ludzi, którzy znaleźli się w trudniej sytuacji życiowej do jej zmiany. Ile razy słyszałam tam piękne zdanie powtarzane przez kierownika pracownikom – my jesteśmy tu po to, by pożyczać wędki, nie rozdawać ryby… Niestety, jak to bywa z ideałami, mają się one do rzeczywistości tak jak astrologia do astronomii. Wypłata tych marnych kilkuset złotych rozleniwia ludzi. Rozleniwia ich tak strasznie, że wielokrotnie to ja czułam wstyd, który powinni czuć oni, ale najwyraźniej zabrakło im jakiegoś receptora.

Stali bywalcy to osoby, które „aktywnie”, choć bezskutecznie poszukują pracy… od dobrych kilku lat. Mając zazwyczaj na wychowaniu kilkoro dzieci i równie bezrobotną żonę/konkubinę. Zadziwiające, że większość z nich to ludzie w sile wieku, sprawni, którzy bez problemu mogliby pracować fizycznie, jako rzemieślnicy czy pracownicy techniczni. Od nich jednak słyszeliśmy powtarzane historie o kolejnych zwolnieniach z pracy tuż po jej rozpoczęciu, o niemożności podjęcia jej w jednym czy drugim miejscu ze względu na najdziwniejsze powody (w stylu „próbowałem pracować w piekarni, ale od mąki to ja wymiotuję”), byli także ofiarami wszystkich losowych nieszczęść, jakie mogą spaść na człowieka, który próbuje odmienić los. Jedynym ratunkiem i jedyną szansą na przeżycie stawał się według nich zasiłek, który „należał im się jak psu buda” – tak przynajmniej wynikało z ich podejścia i nastawienia do pracowników ośrodka podczas każdej z wizyt.

 

JAKA MATKA, TAKA CÓRKA 

Niektóre z kobiet przychodzących do ośrodka były znacznie silniejsze od mężczyzn. To one brały utrzymanie rodziny na swoje wątłe barki, nie znajdując w mężach jakiegokolwiek wsparcia, ale też nie potrafiąc pozbyć się pasożytów. Jednak i wśród pań nie brakowało leniwych spryciar albo osób tak zafiksowanych na swoim nieszczęściu, że nie dopuszczały do siebie jakiegokolwiek pomysłu, sposobu na odmianę losu… oprócz doraźnej materialnej pomocy, umożliwiającej życie na granicy nędzy.

Wielokrotnie ośrodek organizował akcje, które pozwalały za darmo zdobyć nowe kwalifikacje zawodowe, które pozwoliłyby na podjęcie lepszej, innej (lub jakiejkolwiek) pracy. Aby móc z takiej szansy skorzystać, wystarczyło wykazać się minimum aktywności i zaangażowania. W praktyce wychodziło jednak tak, że zamiast osób walczących o miejsce na kursie zawodowym, były zrezygnowane pracownice ośrodka, które wszelkimi sposobami starały się znaleźć i namówić minimalną liczbę osób potrzebnych do tego, żeby kurs się odbył. Panie wykręcały się czym się dało: brakiem dojazdu do najbliższego miasta, brakiem opieki do dzieci (całkiem sporych) na czas kursu, tym, że nikt nie zajmie się wtedy gospodarstwem (a nie były to samotne osoby)… O dziwo, kiedy wybijał dzień rozdawania zasiłku, miały nagle czas i pieniądze na dojazd do ośrodka, nie martwiąc się o dzieci i gospodarstwo.

Najsmutniejsze jest to, że starsze córki tych kobiet, tuż po uzyskaniu pełnoletniości same stawały się klientkami ośrodka, ochoczo zgłaszając, że nie mają pracy i potrzebują wsparcia, np. na kontynuowanie zaocznie technikum czy liceum, do którego ukończenia zapału im wyraźnie brakowało. Nie brakowało za to do zgłębiania tajników makijażu i organizowania sobie cotygodniowych wypraw na wiejską zabawę. Córki alkoholiczek też dość wcześnie przechodziły swoją imprezową inicjację, podobnie w matkę zapatrzona była min. dziewczyna, której rodzicielka była znana z dosyć lekkiego prowadzenia się…

 

JEST ZASIŁEK, JEST IMPREZA

Zasiłek stały lub jednorazowy to środki, które ośrodek przyznaje na zaspokojenie podstawowych potrzeb rodziny, a zwłaszcza znajdujących się w niej dzieci: na sfinansowanie pożywienia, produktów higienicznych, czy podstawowej odzieży i wyposażenia szkolnego. Ponieważ jednak wielokrotnie zdarzały się sytuacje, że z zasiłku korzystali rodzice, a nie dzieci, niektórym z rodzin przyznawano go w formie talonu do sklepu na określoną kwotę, z zastrzeżeniem, że nie może on być wykorzystany na używki. Co robili szczęśliwi rodzice w dniu otrzymania talonu? Kupowali sobie i dzieciom słodycze i przekąski, dające puste kalorie, nie prawdziwą wartość odżywczą, brali akcesoria do szkoły z modnymi postaciami z bajek, zamiast tańszych, a nie mniej praktycznych, a produkty, które rzeczywiście mogły pomóc zachować im zdrowie i odżywić trawione biedą ciała – dobierali najniższej jakości. Alkohol czy papierosy podczas tych samych zakupów często szły na inny rachunek.

To był jeden z najczęściej powtarzających się scenariuszy. Klienci ośrodka, cierpiący na chroniczny niedobór środków do życia, w momencie zdobycia jakichś dodatkowych funduszy, czy dorywczej pracy, nie próbowali inwestować w rzeczy naprawdę potrzebne, czy wartościowe pożywienie. Wykorzystywali je, żeby się zabawić, poczuć namiastkę luksusu. Powszechnym widokiem podczas wizyt w ich domach były nieszczelne okna, wilgotne ściany, czy zapadające się dachy, a na nich… talerz satelity, w środku plazma, a w ręku dziecka, które nie miało wszystkich podręczników – smartfon. Ich priorytety były zupełnie poprzestawiane – nakarmić dziecko miał ośrodek, rodzice mieli zadbać o to, żeby był lans i wygoda.

„KTO MI UDOWODNI!”

Innym sposobem marnowania pieniędzy z ośrodka było przyznawanie ich tym, którym się one zdecydowanie nie należały. Nie brakowało rodzin, które stosowały sprytne manewry, żeby ukryć część dochodów i zmieścić się w progu do przyznania zasiłku. Chęć zdobycia tych dodatkowych pieniędzy spowodowała niejedną separację, czy podział domów na dwa oddzielne gospodarstwa domowe – udawano rozstania, samotność, skłócenie z resztą rodziny, ukrywano też dorywcze prace o których wiedzieli wszyscy, ale udowodnić ich na papierze się nie dało.

Takie osoby z dużym zaangażowaniem szukały nowych forma pomocy i korzystały z każdej, jaka im przysługiwała. Nie pogardzili nawet pojawiającymi się raz na jakiś czas darmowymi produktami spożywczymi, takimi jak dania w puszkach, makarony, ryż, czy mleko. Potem tylko od niechcenia rzucali gdzieś, że to niedobre, a tego to w ogóle nie da się jeść, no i w szkole na dożywaniu to dzieciom za małe porcje dają, albo za często te same zupy są… Nie dało się jednak z tym nic zrobić – żeby udowodnić coś takim osobom, trzeba by specjalnego śledztwa, na które pracownicy nie mieli ani czasu, ani chęci. Dlaczego, o tym zaraz.


„MI SIĘ NALEŻY!”

Wśród klientów ośrodka można było zauważyć dosyć skrajne postawy – ci, którzy wyuczyli w sobie bezczynne oczekiwanie na dary losu, potrafili być bardzo roszczeniowi i nie kryli oburzenia, kiedy np. nastąpiły jakieś opóźnienia w wypłacie zasiłków, albo nie zostali natychmiastowo obsłużeni. Często nie chciało im się nawet wypełnić wniosku – przychodzili z pustymi kartkami, „pani mi tu podyktuje”. Nierzadkim zjawiskiem były podniesione głosy i niemiłe słowa w kierunku pracowników, kiedy ci tracili cierpliwość po kolejnych wymówkach klienta dotyczących niepodjęcia jakiejś pracy czy niedopełnienia formalności.

Z drugiej strony, była niewielka liczba osób którym rzeczywiście w życiu powinęła się noga i nieszczęśliwy przypadek pozbawił ich majątku czy zdrowia. Niektórzy z nich nawet nie chcieli zgłosić się do ośrodka po jakąkolwiek zapomogę, pracownicy dowiadywali się o nich od innych mieszkańców okolicy, albo samodzielnie. Ci ludzie pomoc przyjmowali z wstydem, zażenowaniem i poczuciem życiowej porażki – zupełne przeciwieństwo klientów pierwszego typu, albo tych, którzy ukrywali dochody.

ANALFABECI XXI WIEKU

Tym, co mnie dosyć mocno zaskoczyło podczas bezpośrednich kontaktów z klientami, był fakt, jak wielkie niektórzy z nich mieli braki w podstawowej edukacji. Wprawdzie tylko jedna, starsza osoba podpisywała się krzyżykiem, ale powszechne było wśród 30-paro i 40-latków niezrozumienie prostych ogłoszeń i komunikatów pisemnych, oporność na kilkukrotnie przekazywane przez pracowników informacje, czy wreszcie brak umiejętności samodzielnego wypełnienia dosyć prostych wniosków, nawet po wytłumaczeniu. Do dziś pamiętam chwile, kiedy musiałam wielu osobom co do słowa dyktować to, co mają napisać, i nie raz i nie dwa zdarzyła mi się podobna sytuacja:

– A tutaj co napisać?
– Proszę wpisać adres zameldowania.

Po czym widzę jak kobieta zaczyna kaligrafować swoim koślawym pismem trzecioklasisty „adres… za…mel…” Pisali dokładnie to, co im w danej chwili mówiłam, bez chwili samodzielnej refleksji, więc gdyby poniosła mnie fantazja i zaintonowałabym sobie „om mani padme hum„, pewnie właśnie to napisaliby na wniosku. Bo po co myśleć, po co zastanawiać się nad tym, co się czyta i pisze – przecież zasiłek wypłacą tak czy siak… Płacze zaczynały się dopiero, kiedy komuś podczas kontroli albo po doniesieniu z innego urzędu wychodziły błędy i przekłamania w archiwalnych wnioskach, za które musieli np. oddać kwotę równą pobieranemu lata zasiłkowi i dodatkowej karze… Generalnie wśród klientów pomocy społecznej umiejętności nabywane na etapie szkoły podstawowej okazywały się mocno przereklamowane.

 

CO MOŻE PRACOWNIK? PRACOWNIK MOŻE WRÓCIĆ DO PAPIERÓW

Największą bolączką pracujących w ośrodku osób, było to, że kiedy chciało się komuś naprawdę pomóc, posłużyć radą, dłuższą rozmową, wizytą, czy innym działaniem, robiło się to kosztem pracy papierkowej, zalegającej w coraz większe stosy. Nie wiem czy obecnie zmieniło się w OPS-ach coś w tej kwestii, ale kiedy tam pracowałam chyba dwa razy zmieniały się druki do różnych wniosków i wchodził akurat nowy system elektroniczny do ewidencji jednego z działań ośrodka, które trzeba było opanować od nowa. Pozorne ułatwienie przynosiło tylko bałagan, kolejną pracę, problemy i jeszcze większe archiwa papierów.

Kilka osób siedzących w tym dość małym, bo gminnym, a nie miejskim ośrodku, nie wiedziało czasem w co ręce włożyć. Jednocześnie musieli obsługiwać bieżących klientów, pomagać uzupełniać im składane dokumenty, układać je w odpowiednich segregatorach, uzupełniając adnotacją, a następnie wpisywać do wieszającego się programu, po czym zajmować się odpowiadaniem na codzienną korespondencję i… zaległościami. Które narastały tak, że nadgodziny były codziennością, a w okresie wrześniowym, przed świętami czy przed nowym semestrem w szkole, zdarzały się nawet posiedzenia do godzin wieczornych.

Oczywiście środków na dodatkowe zatrudnienie brakowało, braki w rękach do pracy łatano więc osobami takimi jak ja, które przychodziły na staż częściowo opłacany przez PUP, a następnie za 80% najniższej krajowej (stawka dla zatrudnionych po raz pierwszy w życiu). Każda z takich osób musiała uczyć się wszystkiego od nowa i czasami poprawiać błędy po swoich poprzednikach.

 

WNIOSKI?

Sześć miesięcy takiej pracy sprawiło, że przestałam tak bezrefleksyjnie zgadzać się z opiniami, że osobom ubogim należy się pomoc, czy że wszystkie akcje charytatywne mają sens i są potrzebne. Z tego, co zaobserwowałam, większość tego typu działań czyni ich odbiorcom więcej szkody niż pożytku. Jeśli system pomocy społecznej kiedyś upadnie, oni w większości przypadków nie podniosą się i nie zadbają o siebie i swoje rodziny – staną się żebrakami, kombinatorami czy złodziejami… albo poddadzą się bez próby i zginą marnie.

Nie neguję tego, że istnieją osoby, którym pomoc się należy. Obywatelami, o których los powinno troszczyć się państwo są zwłaszcza dzieci. Szkoda tylko, że pomoc dla nich trafia często w dziurawe ręce rodziców, którym ile by się nie dało – zawsze będzie mało. Boli mnie to jako człowieka, który stara się z każdym dniem rozwijać, i boli jako podatnika, który oddaje część swoich kosztujących niemało wysiłku dochodów społecznym pasożytom.

Więcej niż oczywiste jest, że zamiast zabezpieczać środki na zasiłki i zapomogi finansowe, państwo powinno stawiać na zwiększanie przedsiębiorczości swoich obywateli, już od najwcześniejszych lat. Zamiast uczyć w wielu przypadkach zbędnej teorii, powinno się prowadzić kursy motywacyjne, budujące poczucie samodzielności i odpowiedzialności za własne losy. Może gdyby spróbować takiej pracy u podstaw, do ośrodków nie przychodziłyby kolejne pokolenia wyspecjalizowane tylko w wyciąganiu rąk i coraz głośniejszym dopominaniu się o swoje…