Porozmawiajmy o pieniądzach. Tak na przekór powszechnemu podejściu, które zabrania w rozmowach poruszać bliżej tematów finansowych. Nie mówimy ile zarabiamy, czy oszczędzamy, z jaką strategią wydajemy i czy mamy plan na materialne zabezpieczenie przyszłości. To tabu prawie jak religia i rozmiar penisa.
Mój stosunek do spraw materialnych wciąż podlega kształtowaniu i zmianom. Miałam w życiu sporo lekcji, które na niego wpłynęły i nadal staram się być otwarta na inspiracje. Najwięcej jednak dała mi możliwość obserwowania świata ludzi naprawdę biednych, jak i uczestniczenia w życiu tych nieprzeciętnie bogatych. Byłam blisko nich, podglądałam ich w wielu codziennych sytuacjach, przez czas pozwalający na wysnucie wniosków i stworzenie porównań.

Ich historie łączyły się z moją i toczyły obok niej, akurat tuż po tym, jak skończyłam studia. To był wyjątkowo trudny czas, bo po raz pierwszy poczułam wtedy, że w kieszeni mam dziurę, a magiczna świnka skarbonka dziwnym sposobem przestała napełniać się sama. W pewnym momencie, po rozpaczliwych próbach utrzymania się na powierzchni, zamieszkałam obok znanej mi już wcześniej rodziny K. i, jakimś cudem, otrzymałam szansę pracy dla pana S.*Rodzina K. biedę miała… w genach. Od zawsze w tym samym miejscu i z tym samym problemem. Składała się z ciekawej mieszaniny charakterów, jej członkowie byli gościnni i pomocni, ale mieli jeden zasadniczy problem – nie trzymały się ich pieniądze. To było widać i sami to otwarcie przyznawali.

Pan S., około 40-letni biznesmen, którego aktualną towarzyszką była równie przedsiębiorcza, sporo młodsza dziewczyna, w ciągu swojego życia kilkukrotnie zmieniał zajęcie, miejsce zamieszkania, ale zawsze żył ponad przeciętnej. To było widać i nie musiał tego przyznawać.

 

Co różniło biedną rodzinę od bogatego mężczyzny?

– Podejście do zmian –

Rodzina K. mieszkała w małym, ciasnym mieszkaniu, które odziedziczyła po przodkach. Nad nimi i pod nimi żyli upierdliwi sąsiedzi, których mieli serdecznie dość. Główny żywiciel rodziny od lat pracował w jednej firmie, która za wyczerpującą pracę w trudnych warunkach, daleko od domu, oferowała minimalną płacę. Druga zarabiająca osoba miała niewiele lepsze warunki zatrudnienia. Mimo, że kiedyś brali pod uwagę zamianę dwóch małych mieszkań (ich i dziadków) na jedno większe, mimo, że w rozmowach wciąż mówili o tym, jak źle jest im w pracy, kończyło się tylko na deklaracjach. Nie zaglądali nawet do ogłoszeń, nie próbowali przeanalizować możliwości – ostatecznie dochodzili do wniosku, że lepiej nic nie zmieniać, bo to za dużo zachodu, a i tak nic z tego nie wyjdzie.

Pan S. za młodu pracował tam, gdzie mieszkała jego rodzina. Z czasem jednak stwierdził, że chce zarabiać więcej, i przeniósł się kilkaset kilometrów dalej, za pracą, która dawała mu szansę rozwoju. Kiedy okazało się, że ma talent do sprzedaży, zaczął rozwijać się w kierunku marketingu i znowu zmienił zatrudnienie, negocjując warunki, choć w poprzednim miejscu zarabiał dobrze. Wyjechał za granicę, ucząc się od ludzi, których spotykał. Kiedy go poznałam, od kilku lat mieszkał znowu w Polsce i rozwijał własną działalność, która dawała mu dochód tak duży, jaki sobie sam wypracował. Nie chciał już pracować na etacie, na kogoś, ale jednocześnie był otwarty na nowe, dodatkowe źródła dochodów i rozwijał swoją sieć biznesowych kontaktów. Kiedy nasze drogi się rozchodziły, przygotowywał się do kolejnej przeprowadzki. Bez obaw, z pozytywnym oczekiwaniem na większe możliwości w innym mieście.

Sposób spędzania wolnego czasu

Rodzina K., kiedy kończyła swoje dzienne obowiązki – starsi pracę, dziecko szkołę, zasiadała do prostej, niewymagającej rozrywki. Pełen wybór kanałów na kablówce dawał dostęp do wielu programów rozrywkowych i  ulubionych seriali. Od czasu do czasu na ich stołach, obok piwa pojawiały się brukowce i inne gazety nastawione na tanią sensację. Komputer, z portalami społecznościowymi i serwisem aukcyjnym był włączony prawie cały czas.

Pan S., jeśli włączał telewizor, to na kanał z wiadomościami, zwykłymi lub biznesowymi. Na jego stole stale leżały jakieś podręczniki, książki związane z psychologią, marketingiem, motywacją czy komunikacją. Jeśli chciał rozrywki/odpoczynku – gotował, próbując nowych potraw, albo śledził jedną ze swoich inwestycji, związaną z atrakcyjnym turystycznie rejonem.

Podejście do idei pieniędzy i innych bogatych osób 

Rodzina K. z wyraźną niechęcią wypowiadała się o ludziach bogatych, przedsiębiorcach, właścicielach firm. W ich słowniku powszechne były określenia „sprzedał się”, „wyzysk”, „dorobił się na innych”, „nakradł” itp. Kiedy ktoś w towarzystwie mówił o pieniądzach, czy jakimś sukcesie z nim związanym, krzywili się z niesmakiem i szybko zmieniali temat.

Pan S. szukał towarzystwa bogatych ludzi. Uczył się od nich już za młodu, starał się utrzymywać z nimi kontakty. Podpatrywał ich sposób zachowania, styl bycia, nawyki. Chętnie czytał wydawane przez nich książki i biografie.

Podejście do wydatków i przedmiotów codziennego użytku

W rodzinie K. naczelną zasadą było „nie wyrzucać, jeszcze się przyda”. Lubili kupować dużo drobnych rzeczy przeciętej jakości, ciesząc się ich ilością. Przedmioty wyższej jakości, mogące posłużyć dłużej, kupowali dość rzadko. Woleli cieszyć się chwilową przyjemnością, a potem odkładać te rzeczy, nieużywane, zdekompletowane lub popsute, do szaf, gdzie mieli ich już całe sterty. W efekcie ich małe mieszkanie miało jeszcze bardziej duszną atmosferę. Próbowałam nawet wdrożyć u nich swój plan sprzątania bałaganu (i życia jednocześnie), zarobili trochę na rzeczach, które wyrzucili z szaf, ale… kupili za to następne. Zapchane miejsce pozostało zapchane. Na zakupach chętnie rzucali się na niewielkie promocje i przeceny, a bardziej wartościowe rzeczy kupowali bez większego porównywania cen, za to na raty.

Pan S., ponieważ wiele razy się przeprowadzał, nauczył się mieć niewiele. Nie przywiązywał się do rzeczy, a te, które miał, musiały być przede wszystkim niezawodne i wytrzymałe (gadżety i narzędzia pracy), pasujące do okazji i towarzystwa (ubrania), czy ekonomiczne (samochód – żaden luksusowy, w dodatku ‚z kratką’). To od niego usłyszałam po raz pierwszy pojęcie optymalizacji wydatków. W restauracjach zostawiał zawsze napiwki, nie oszczędzał na dobrym, wartościowym jedzeniu, ale jednocześnie szukał okazji do większych oszczędności – nie jednorazowych, a długofalowych.

Planowanie, oczekiwania i przeszłość –

Rodzina K. bardzo lubiła mówić o przeszłości – raz po raz wspominali dawne podróże, dawne ceny, dawne okazje, jakie przeszły im obok nosa… jednocześnie nie potrafili powiedzieć nic na temat swojej przyszłości. Nie wybiegali myślami dalej niż do kolejnego weekendu, świąt, urodzin, lata, i twierdzili, że ‚jakoś to będzie’, nie zastanawiając się JAK dokładnie. Nie oczekiwali żadnej odmiany losu, chociaż lubili pogdybać o wygranej w totka (co jakiś czas grali). Młodszy z K. powiedział mi nawet kiedyś, że on zawsze będzie biedny – wie to, kiedy patrzy na swoich rodziców i dziadków… a skoro tak, po co się starać.

Pan S., wkrótce po tym, kiedy się u niego pojawiłam, rozrysował mi plan moich zarobków i proponowanych inwestycji na najbliższe dwa lata (inwestycji, które miały dojść do skutku, jeśli podejmę się dodatkowej działalności, poza tą podstawową, za którą miałam dostawać stałą pensję. Nie, nie takiej działalności jak myślicie, świntuchy!). On sam miał taki plan od dawna i stopniowo realizował swoje kolejne wyzwania. Jeśli czegoś oczekiwał, rozpisywał sobie kolejne kroki, jakie musi wykonać dzisiaj, żeby być bliżej celu jutro. Wiedział, że wymaga to czasu i pracy, ale jak mówił – czas upłynie i tak… O przeszłości nie wspominał zbyt wiele, chyba że wychodziło to w rozmowach. Skupiał się na tym co teraz, i na tym co będzie.

– Pojęcie bezpieczeństwa –

Dla dorosłych K. synonimem bezpieczeństwa była stała praca. Nawet za marne pieniądze, byle co miesiąc, o zbliżonej porze dostawać tyle samo. Umowa o pracę z opłaconym ubezpieczeniem była szczytem dążeń, bo zapewniała emeryturę (?) i darmowe wizyty u lekarza. O zdrowiu myśleli wtedy, kiedy już zachorowali. Wtedy np. zaczynali brać preparaty na odporność i chwilowo odstawiali używki (papierosy, piwo, colę).
Dla pana S. bezpieczeństwo zaczynało się od pewnej sumy zgromadzonych oszczędności i stałego przepływu pieniędzy, które przybywały z najróżniejszych źródeł (poza umową o pracę). Wiedział, że dzięki temu jest w stanie walczyć o zdrowie, gdy coś stanie się jemu albo jego rodzinie. Już dawno przestał wierzyć w system emerytalny i państwową służbę zdrowia. Zamrożoną na później emeryturą były jego inwestycje. A jeśli chodzi o zdrowie – przede wszystkim zapobiegał i dbał o odporność przez odpowiednie odżywianie i ruch, w razie czego nie wahał się też wyłożyć odpowiedniej sumy na wizytę u prywatnego lekarza.

 

Jak to się skończyło?

 
Odebrałam swoje lekcje u Pana S. (większość z nich dotarła do mnie z dużym opóźnieniem), ale zrezygnowałam z pracy u niego – bałam się, że nie podołam możliwościom, jakie wtedy się przede mną otworzyły, wydawało mi się też, że nie pasuję do jego świata. Jednym słowem – spękałam. Podejrzałam go dzisiaj w mediach społecznościowych – ma już kolejny biznes i nadal podróżuje po całym świecie. Wygląda na zadowolonego.
Niedługo później odcięłam się też od rodziny K. Kiedy ja dojrzewałam (powoli, ale sukcesywnie) do zmian w swoim życiu i pozbywałam się najbardziej ograniczających myśli i nawyków, u nich nie zmieniało się nic, narastał też brak zrozumienia wobec moich dążeń, mimo, że wcześniej mieliśmy niemal rodzinną relację. W końcu zaczęłam dusić się w ich towarzystwie, czułam aż zbyt mocno, że ta znajomość mnie ogranicza. Nie chciałam też, żeby wypełniły się słowa „z jakim przestajesz, takim się stajesz.” Po dłuższym czasie wzajemnego milczenia przeszliśmy do niezobowiązujących rozmów raz na jakiś czas. Dowiedziałam się, że jakieś zmiany w końcu zaszły i u nich, choć zostały wymuszone przez los. Jeden z K. stracił pracę, wyjechał za granicę i wiedzie mu się trochę lepiej, na tyle że wspomaga resztę rodziny, która została w starym mieszkaniu.
Jakiś czas po tej historii trafiłam na kilka książek dotyczących bogactwa, podejścia do pieniędzy i finansowego rozwoju (polecam zwłaszcza „Biedny ojciec, bogaty ojciec”, oraz „Biedny i bogaty – różni mentalnie”). Większość z nich utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje obserwacje dotyczące K. i S. to część pewnej powtarzalnej reguły i mogę odnieść je także do innych. Autorzy wspomnianych przeze mnie książek dochodzą do podobnych wniosków: jedną i drugą grupę dzieli nie stan konta, a sposób myślenia. Przede wszystkim sposób myślenia! To on właśnie sprawia, że gdy osoba biedna i bogata wystartują z tego samego pułapu, np. po zabraniu im całego majątku, to w większości przypadków bogaty człowiek odbuduje swoje bogactwo, a biedny jeszcze bardziej pogrąży się w biedzie.
Najlepsze jest jednak to, że żaden z tych statusów nie jest przypisany do człowieka na stałe!
To pocieszenie… i przestroga zarazem.

 

PS – planuję jeszcze jeden post w tematyce pieniędzy – prawdopodobnie jutro, z bardziej praktycznego punktu widzenia opowiem Wam o swoich sposobach na optymalizację zakupów i odkryciach w temacie oszczędności.

* inicjały zostały zmienione na fikcyjne.