Dzień dobry, mam na imię Joanna i byłam… jestem czarownicą. W pierwszym odruchu napisałam zdanie w czasie przeszłym, ale podobno jeśli przekroczymy jakąś granicę, wtedy to, czego doświadczyliśmy zostaje w nas na zawsze. Czemu właściwie Ci o tym mówię? Nie żalę się, ani nie chwalę, chcę tylko opowiedzieć Ci kawałek swojej historii, i udowodnić, że magia to we współczesnym świecie nic wyjątkowego. Że większość z nas codziennie rzuca zaklęcia i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.  Że magia dostępna jest dla każdego i do jej uprawiania nie są potrzebne żadne niezwykłe ingrediencje ani tajemnicze gesty i pozy.
Zupełnie nie wiem, kiedy i jak zaczęło się u mnie zainteresowanie ezoteryką. Czy sprawiły to książki znalezione na półkach w domu babci, czy jakiś zupełnie przypadkowy bodziec – nie wiem. Wiem tyle, że zaczęło się to dość wcześnie i od razu do mnie przemówiło z pełną mocą. Znasz to uczucie,kiedy pojawia się jakaś idea, wydarzenie, czy osoba i coś w środku krzyczy Ci: „to jest to, to coś dla mnie!”? Tak właśnie się czułam, kiedy odkrywałam kolejne elementy tego świata. Jako dziecko/nastolatka nie miałam jeszcze świadomości tego, co z sobą niesie – pewnie bardziej zależało mi na tym, żeby żyć w magicznym, wyjątkowym świecie, albo wręcz przeciwnie –  znaleźć sposób na jego uporządkowanie. Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie jako typowa Waga miałam we krwi otwartość na tą pomijaną przez wielu część rzeczywistości.
Na początku zapewne zagłębiałam się w horoskopy i charakterystyki poszczególnych znaków. Potem doszła do tego wiedza o planetach i oddziaływaniu księżyca. Natknęłam się na wzmianki o numerologii, za nią poszły senniki – wiedzę o interpretacji snów opanowałam na dość zaawansowanym poziomie i jest to jeden z tematów, który pochłania mnie do dziś. Z ciekawością poznawałam też oddziaływania kamieni szlachetnych i półszlachetnych, czy niestandardowe sposoby wykorzystania roślin, aż doszłam do metod przepowiadania przyszłości, jakie
stosowano w różnych krajach. Tak trafiłam na Tarot.
Kupiłam swoją talię, rozkładałam ją co jakiś czas. Nie traktowałam otrzymanych odpowiedzi jako wyznaczników tego, co mam robić, bardziej jako prezentację możliwych do rozważenia opcji, czy sposób spojrzenia na rzeczy z innej perspektywy (chociaż pokusa istniała). Za kartami Tarota kryje się też ciekawa, bardzo stara filozofia, która znacząco wpłynęła na mój rozwój i spojrzenie na świat. Choć niektórzy twierdzą, że te karty to narzędzie szatana, skłonne przejąć kontrolę nad umysłami biednych duszyczek, ja pokusiłabym się o stwierdzenie, że większości osób przydałoby się prześledzenie i wyciągnięcie lekcji z historii, jaką opowiadają Wielkie Arkana (22 główne karty Tarota, przedstawiające różne postaci i cechy na kolejnych etapach rozwoju, od jego początku, aż do doskonałości i pełni możliwości). Oczywiście, jeśli ktoś ma słaby umysł i psychikę, to karty mogą mu zaszkodzić, ale tak samo zaszkodzi mu zbytnie zaangażowanie się w czytanie Biblii, seks czy palenie marihuany.
Być może Tarot i poznawane w tym samym czasie publikacje na temat świadomości, samorozwoju, ludzkiej psychiki, doprowadziły mnie do bagatelizowanego wcześniej  tematu magii. 

Kto w końcu nie chciałby mieć mocy sprawczej, wpływać w widoczny sposób na otoczenie i wydarzenia, jakie wokół niego się dzieją? Pochłaniałam więc kolejne książki, w jednej trafiając na trop do kolejnej. Od autora do autora, od idei do idei, w głowie tworzyłam sieć połączeń. Zainteresowałam się zwłaszcza ruchem Wiccan, i choć nie przyjęłam go w całości i bezkrytycznie, to spodobało mi się wiele jego elementów: przywiązanie do przyrody, szacunek do praw naturalnych, odwołanie do wewnętrznej boskości i dwoistości natury każdego z nas… Zaczęłam spisywać zaklęcia na różne okazje. Począwszy od zupełnie drobnych, po takie, które zahaczały o dziedzinę relacji międzyludzkich. W większości przypadków do wykonania zaklęcia niezbędny był specjalny rytuał.Rytuałem było też przygotowanie się do rozłożenia kart Tarota. I w wielu innych ezoterycznych dziedzinach, czynności porządkowe, przygotowujące klimat, miały nie mniejsze znaczenie niż samo sedno działań. To dało mi do myślenia, ale właściwe wnioski wyciągnęłam trochę później.



 

Paliłam świece, medytowałam nad swoją żeńską lub męską cząstką – w zależności od potrzeb. Zaklinałam pewność siebie podczas egzaminów i ważnych wydarzeń – szły jak z płatka, nawet wtedy, gdy chłodna jak piwnica Fritzla profesorka oblewała co drugą osobę. Nigdy jednak nie wypowiadałam zaklęć, które miały wpłynąć w jakiś sposób na innych. Nie trzeba należeć do żadnej religii, żeby wiedzieć, że chęć zdobycia dominacji czy władzy nad inną osobą jest… zła. Albo inaczej – niewskazana (swoją drogą też porównanie ułożyłam, skoro religia to jedna z najlepszych metod sprawowania kontroli nad ludźmi…).

Raz jednak zdarzyła się sytuacja, kiedy bardzo zależało mi na kontakcie z pewną osobą, która nie odzywała się od dłuższego czasu. Ja sama nie mogłam się z nią skontaktować, ten krok musiał należeć do niej. Zdecydowałam się użyć zaklęcia z wykorzystaniem zielonej świecy i igły. Pamiętam, że byłam wtedy sama w mieszkaniu, zbliżał się środek nocy, wokół panowała cisza, a ja z pełnym skupieniem wpatrywałam się w płomień, przywołując w myślach obraz tej osoby. Weszłam prawie w trans, aż świeca wypaliła się do połowy i na stół z lekkim brzękiem upadła wbita w nią igła. To oznaczało, że zaklęcie jest wypełnione, a ja mogę iść spać. Pamiętam, że zasypiałam z wyjątkową lekkością i uczuciem ulgi.

Rano, po przebudzeniu, jeszcze na wpół przytomnie sprawdziłam na telefonie godzinę. Obok widniał symbol nieprzeczytanej wiadomości. Przeszedł mnie dreszcz zrozumienia. W jednej chwili przypomniałam sobie, co robiłam poprzedniej nocy. Nawet bez odczytywania wiadomości wiedziałam, kto jest jej nadawcą. I rzeczywiście napisała do mnie ta właśnie osoba, wyjaśniając przyczynę swojego tymczasowego zniknięcia i prosząc o spotkanie w najbliższym możliwym terminie. 160 znaków wywołało we mnie poczucie, że mogę wszystko.

Nigdy wcześniej nie docierało do mnie z taką siłą, że to wszystko działa – choć już przedtem ‚niezwykłe przypadki’ i ‚szczęśliwe zbiegi okoliczności’ przytrafiały mi się z podejrzanie wysoką częstotliwością. To sprawiło, że zaczęłam mocno analizować wszystkie magiczne czynności. Znowu szukałam w nich wspólnego mianownika. Dziwne że nie wykonałam tego wysiłku wcześniej, bo puzzle niemal same wskakiwały na puste miejsca układanki, sprawiając, że gdzieś z tyłu głowy majaczyła mi się gotowa odpowiedź.

W każdym przypadku rytuał. Czyli skupienie. A przedtem czynności ułatwiające jego osiągnięcie i wejście na odpowiednią częstotliwość myśli. Wizualizacja. Wyjątkowa koncentracja na celu, który chcę osiągnąć. I wiara, że ‚coś’ załatwi dla mnie jego spełnienie.

Dotarło do mnie, że przecież to brzmi jak… medytacja! Albo praca z podświadomością. I dokładnie tak samo jak porzucona lata wcześniej modlitwa. A także niemal identycznie jak autohipnoza. Te wszystkie uspokajające czynności, które wykonujemy przed sesją pracy nad sobą, te wszystkie akcesoria i gesty wykorzystywane przez ludzi przystępujących do modlitwy (którzy w końcu też pragną osiągnąć nią jakiś cel), czy wreszcie rzeczy, jakie należy zebrać i odpowiednio ustawić przy rzucaniu zaklęć – to tylko dodatki! Jak zabawki, które mają odwrócić dziecku uwagę od tego, co dzieje się naprawdę. A naprawdę magia dzieje się w nas i wynika z nas. I doskonale może obyć się bez kolorowych kamyków, świec, krzyża, czy maty do jogi – o ile potrafimy ukierunkować swoją uwagę bez zabawek i fakt ich posiadania nie uśpił w nas zdolności, jaką mamy od zawsze.

Rytuały w każdej z tych czynności mogą być prezentem (i kagańcem jednocześnie) dla ludzi prostych, którzy nie wybiegają myślami poza wyznaczone im granice. Współczesna czarownica, tak samo jak człowiek, który w swoje bóstwo wierzy nie siłą tradycji, a z silnego, wewnętrznego przekonania – oni wiedzą, że jedynym rytuałem, jaki jest im potrzebny, jest bycie w zgodzie z sobą. I ciągłe odkrywanie swoich możliwości. Poszerzanie ich. Bo mamy ich zdecydowanie więcej, niż śniło się filozofom. I każde z zaklęć, każdy z planów, marzeń, każda z modlitw – może spełnić się niezależnie od tego w jakim miejscu się znajdujemy, jaki jest dzień tygodnia, jaki obraz widzimy przed oczami i w jaki gest składamy dłonie.

Zamiast szukać na zewnątrz, czas wreszcie spojrzeć do środka.
Tam jest wszystko. Wystarczy sięgnąć.


 

 

źródło zdjęć – saatchionline.com/hannahlemholt