Holandia zaskoczyła mnie z początku bardzo miło, potem trochę zdziwiła, ale ostatecznie w mojej pamięci zapisuje się bardzo pozytywnie. Bacznie przyglądałam się tam zwłaszcza ludziom i ich zachowaniom. Bo czasem to właśnie społeczność zamieszkująca dane miejsce jest bardziej fascynująca niż zabytki i dobra kultury. Przez swoją odmienność, przez cechy, których próżno szukać we własnym kraju. U Holendrów parę takich by się znalazło. I chyba trochę za nimi tęsknię.
Wszyscy mówią po angielsku!
Mieszkańcy Hagi.
Zaskoczenie nr 1. Od razu po wylądowaniu musieliśmy się zdać na pomoc Holendrów w kilku sprawach – prosiliśmy ich o wskazanie jakiegoś miejsca, wyjaśnienie zawiłości biletowych, rozmienienie pieniędzy itd. W każdym przypadku, czy to pracownik sklepu, czy banku, kierowca autobusu czy starszy przechodzień po 60-tce – wszyscy doskonale mówili w języku angielskim. Imigranci też dostosowali się pod tym względem. Turecki (choć może była to inna narodowość) sprzedawca w fast-foodzie mówił do nas po angielsku, do innych ludzi w kolejce po niderlandzku, a do swojego współpracownika – w ich własnym języku.Co sprawia, że język angielski jest tam tak powszechny? Wbrew pozorom Holendrzy nie zaczynają jego nauki jakoś wyjątkowo wcześnie. Ale za to w ich telewizji wszystkie programy, seriale, nadawane są w oryginalnej wersji językowej, uzupełnione jedynie o napisy. Codzienne osłuchanie z językiem w takiej formie jak widać też robi swoje. Sama nie mam ani nie zamierzam posiadać telewizora, ale gdybym takowy posiadała – też wolałabym napisy zamiast sztywnych lektorów czy durno-brzmiących dubbingów.

Otwartość, luz i przyjazne nastawienie 
Mieszkańcy Eindhoven mają swój wieczorny chillout.
Och, za to polubiłam ich najbardziej. Holendrzy są bardzo życzliwie nastawieni do turystów, służą poradą zagubionym czy dumającym nad mapą nawet bez pytania (!), a od czasu do czasu przypominają z uśmiechem: „jesteście na wakacjach, zrelaksujcie się” (to zdanie padło w punkcie, w którym kupowałam pocztówki). Choć słyszałam, że rodowici mieszkańcy Amsterdamu nie lubią tego miasta za jego tłok (powodowany głównie przez turystów), to jednak nie spotkałam się z żadną krzywą miną czy złym słowem w naszym kierunku. Wszędzie byliśmy miło i kompetentnie  obsługiwani.Bardzo urzekła mnie scenka, którą zobaczyłam czekając na peronie na pociąg. Jakiś skład właśnie odjeżdżał, w tym samym czasie z daleka nadbiegała kobieta w średnim wieku, nie zdążyła jednak do niego wskoczyć, zanim ruszył. Bardzo zrezygnowana klapnęła koło nas na ławce i zwiesiła głowę, sapiąc ze zmęczenia. Już po chwili pojawiła się obok niej kobieta w stroju pracownika kolei, która zapytała ją co się stało i pocieszyła, że może wymienić jej bilet (czy coś w tym rodzaju, część znaczenia rozmowy wyłapałam z kontekstu na podstawie pojedynczych znanych mi słówek), po czym odeszły razem. Ja przez chwilę siedziałam jak wryta i właściwie to było mi nawet trochę przykro, bo zupełnie nie potrafię sobie zwizualizować takiej scenki na którymś z naszych dworców…

Żeby jednak nie słodzić Holendrom za bardzo – kiedy wsiedliśmy już do pociągu do Amsterdamu, zrobiło się ciasno. Na siedzeniach siedzieli głównie młodzi Holendrzy w grupkach, a w przejściu razem z nami stało kilka starszych osób, w tym jakaś babcia z marudnym (i zapewne dość ciężkim) dzieckiem na ręku. Nikt nie ustąpił jej miejsca. Ale i ona sama nie wyglądała, jakby tego oczekiwała, potrafiła się mimo wszystko uśmiechać.

 

Uroda i styl, albo jego brak
Rotterdam. Znajdźcie mi tu kobietę w szpilkach.
Holendrzy są dosyć urodziwi i potrafią o siebie dbać, trzeba to im przyznać. Najczęściej mają blond czupryny i niebieskie oczy, choć równie częstym widokiem są rudzielce. Wypielęgnowana fryzura i niby niedbały, ale jednak starannie skomponowany i markowy strój to ich znaki rozpoznawcze. Z tego co słyszę, emigrantki są nimi bardzo oczarowane.Holenderki podchodzą do kwestii wizerunku swobodniej – włosy wiatrem czesane, luźny casualowy ubiór, buty głównie na płaskim obcasie. Nie wiem czy widziałam tam więcej niż 5 kobiet w szpilkach (poza turystkami). Nie można powiedzieć o nich ‚niezadbane’, nie ma u nich tylko tej presji, która rzuca się nieraz w oczy na naszych ulicach – chodzi mi o podejście „tak bardzo chcę dobrze wyglądać, ale nie wiem czy mi wychodzi i czy to do mnie pasuje, więc zacisnę zęby i poślady”… Zamiast tego jest luz, swoboda i wynikająca z tego pewność siebie. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie i podobnie mówi kilka zamieszkałych tam, znajomych mi osób.

Rowery są wszędzie

 

Fiolet, siodełko w ciapki, wieniec z kwiatów i potężna skrzynka – czyli rower po holendersku.
Naprawdę wszędzie. Wewnątrz miasta nie ma aż tylu samochodów, prędzej można też zauważyć parking na rowery, niż samochodowy. Jeżdżą wszyscy – kobiety w sukienkach, mężczyźni w garniturach, nastolatki i babcie. I jak już wspominałam we wcześniejszym poście – robią to w sposób nieco szalony, wiedząc, że i tak wszędzie mają pierwszeństwo. Problemem jest to, że czasem trudno odróżnić, gdzie kończy się deptak, a zaczyna ścieżka rowerowa i miejsce dla aut – tak było zwłaszcza w Hadze i jako pieszy czułam się trochę zagubiona.Rowery są często ciekawie ‚tuningowane’ – popularne jest zwłaszcza ozdabianie ich wszelkimi kwiatami, malowanie, czy dodatki w postaci ciekawych koszyków. Może chodzi o to, by móc bez problemu odróżnić swój rower wśród tysięcy innych?

 

I love kolej NL
Nie mam zdjęcia pociągu, ale mam zdjęcie tramwaju w Rotterdamie

 

W poprzednim poście o Holandii wspominałam, że udało nam się załapać na świetną promocję – bilety całodobowe za 17 euro, dające możliwość jeżdżenia pociągami po kraju do oporu. Gdyby nie to, pewnie nasza wyprawa skończyłaby się na jednej wizycie w Amsterdamie, której koszt wyniósłby 40 euro w dwie strony. A tak, zdążyliśmy odwiedzić w sumie 4 miasta (jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej, może poszukać w sieci hasła Dagkaart – prawie co miesiąc pojawia się coś takiego w sprzedaży w supermarketach. Tu są aktualne akcje, strona po niderlandzku http://www.treinreiziger.nl/tags/ns_dagkaart_actie).Podróże tamtejszymi pociągami są bardzo przyjemne – standard jest trochę lepszy niż w naszych najnowszych wagonach Interregio. Przede wszystkim daje się zauważyć większa ilość miejsca na nogi, a miłym dodatkiem jest stolik rozkładany z oparcia siedzenia przed nami, o wielkości mogącej pomieścić swobodnie netbooka. Do tego to, co blogery lubio najbardziej – czyli darmowe wi-fi. Pozytywnym odkryciem było również to, że pociągi te jeżdżą bardzo spokojnie – bez kołysania, bez nagłych zrywów czy większych spowolnień. I przede wszystkim – dużo ciszej! Hałas robią tylko rozgadani Holendrzy w środku, którzy potrafią sobie podczas drogi nawet podśpiewywać. :)

Holenderskie wsie
To akurat nie wieś, ale park w Hadze. Szkoda że nie robiłam zdjęć przez szybę pociągu…

Nie zdążyłam żadnej zobaczyć od środka, więc mówię tylko o tym, co zauważyłam z okien pociągu. No więc… wsie mijane po drodze z miasta do miasta wyglądały wręcz bajkowo! Zupełnie jak z jakiejś książeczki dla dzieci o przygodach zwierząt w zagrodzie, czy coś w tym rodzaju (na pewno mieliście taką w dzieciństwie). Wszystko uporządkowane i pięknie zorganizowane, zza płotów wyłaniały się rustykalne domki z okiennicami, a po łąkach hasały sobie zadbane, różnokolorowe krowy, barany, czy wyglądające dziko stadka gęsi i innego ptactwa. Do tego co jakiś czas tereny te przecinały kanały, obrośnięte w wodne lilie. Aż chciało się wyskoczyć z okna i wybiec na jedno z tamtejszych pastwisk. Naprawdę nie chciałabym powtarzać ciągle „nie to co u nas”, ale wnioski nasuwają się same – na polskich wsiach w większości panuje jeszcze chaos i bałagan.

Holenderskie supermarkety
Śniadanie za 1 euro w Hema. Dobre i świeże. Próżno szukać  takiego zestawu w tej cenie w naszych barach mlecznych.

 

Albert Heijn i Hema – to dwie nazwy, które zapamiętują turyści wylatujący na niskobudżetową wycieczkę do Holandii. Te supermarkety są niemal wszędzie i poza szerokim asortymentem artykułów spożywczych (w tym dużą ilością produktów wege i świeżymi sokami owocowymi tańszymi od mineralki!) sprzedają także rzeczy idealne dla osoby w podróży, lub takiej, która nagle zgłodniała na mieście – spory wybór smakowego pieczywa w wersji słodkiej, słonej, mięsnej i bezmięsnej, a do tego kawa z ekspresu lub herbata. Wiem wiem, że w naszych Żabkach i Freshach są też już kąciki ‚cafe’, tutaj jednak różnica jest taka, że w Albert Heijn każdy klient może sobie nalać tej kawy za darmo (w wersji zwykła czarna plus śmietanka z jednorazowych opakowań). Płaci się tylko za bardziej ‚wyrafinowane’ smaki – typu latte macchiato itd, do których jest osobny automat. Poza tym w supermarketach częste są też degustacje, a wówczas dostaje się znacznie więcej niż kęs produktu (np. ciasta) – czym można z powodzeniem zabić tymczasowy głód.Ratunkiem dla podróżników o poranku jest też drugi supermarket – Hema. Od poniedziałku do soboty, między 9 a 10, są tam sprzedawane zestawy śniadaniowe za 1 euro (!), które składają się z kawy, bagietki z omletem w środku i croissanta z dżemem. Próbowaliśmy tego przed wyjazdem do Amsterdamu, można się spokojnie nasycić na parę godzin. Fajna sprawa, przy nas korzystało z tego wielu turystów, jak i miejscowych.

Warto wiedzieć, że w wielu sklepach nie zapłacimy najpopularniejszą w Polsce kartą Visa – z tych dostępnych u nas akceptowana jest Mastercard. W Albert Heijn i paru innych miejscach nie przyjmują też banknotów 50 euro, co nas mocno zdziwiło. Musieliśmy rozmieniać pieniądze, żeby zrobić jakieś drobne zakupy.

Specyficzna architektura i infrastruktura

 

Porośnięte trawą miejsce do palenia przed lotniskiem w Eindhoven.

 

Pochylające się ku ziemi kamieniczki widoczne są zwłaszcza nad kanałami w Amsterdamie – wydają się tam opierać jedna o drugą. Aż czeka się na efekt domina… Krzywa wieża w Pizie po takich widokach nie robi już pewnie tak piorunującego wrażenia. Na każdej z kamienic u góry jest też charakterystyczny dźwig, czy też hak – do wnoszenia mebli. Po co? Budynki te bywają bardzo wąskie (kilka z amsterdamskich kamienic ma szerokość poniżej 2 m!), podobnie jak wejścia do nich i schody w środku. Za to okna są szerokie, dlatego meble są z pomocą tych haków wciągane do góry.
Na ulicach też można trafić na rozmaite ciekawe rozwiązania: np. przed lotniskiem trafiliśmy na coś w rodzaju przystanku, otwartego, służącego do palenia. U góry na dachu rosła sobie trawa, która chyba pełniła rolę filtra (?). Jeszcze większe osłupienie wywołał we mnie widok publicznego pisuaru, wyglądającego dość podobnie, tylko z blachą zasłaniającą strategiczne miejsca :) To chyba też świadczy o otwartości i innych granicach intymności Holendrów. Skutkiem jest na pewno mniejsza ilość zasikanych, śmierdzących bram i zaułków, jakie można u nas spotkać.I jeszcze jedna ciekawostka – Holendrzy rzadko kiedy mają w oknach
firanki – zasada jest taka, by nie mieć nic do ukrycia przed sąsiadem…
Co może owocować ciekawymi obserwacjami, zwłaszcza wieczorną porą ;)

 

 
***

 

Wracając na Wschód…
Choć mieszkam obecnie na zachodnim krańcu Polski, w mieście, które ma być Europejską Stolicą Kultury i stara się uchodzić za nowoczesne i otwarte, to wracając tutaj nie mogłam jednak pozbyć się silnego odczucia, że znalazłam się na tym mitycznym ‚Wschodzie’. I gdy patrzyłam na naszych ludzi, ulice, odczułam wyjątkowo silnie cały ten kontrast. Zastanawiałam się, w czym tkwi różnica, która powoduje, że tamtejszy luz, uśmiechy i pewność siebie zamieniają się u nas w stres, paranoje, zawiść i zwieszone głowy. Próbowałam odpowiedzieć sobie, co sprawiło, że tamtym krajem nie musi rządzić religia, że możliwe jest liberalne podejście do tak wielu spraw a obywatele mają zapewnione godne życie. W tym samym czasie u nas panują sztywne zasady, które pomimo, że nikt już w nie nie wierzy (w praktyce, nie teorii), nadal malują nam życie w szarych barwach. Do tego ci, którym powierzamy władzę, za każdym razem cierpią na krótki wzrok i zbyt długie ręce.Dzieli nas tylko tysiąc kilometrów, ale do tego całe lata rozwoju świadomości, której brakuje mi tutaj najbardziej.

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Agata | niebanalnezycie.pl Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agata | niebanalnezycie.pl
Gość
Agata | niebanalnezycie.pl

Mnie najbardziej w Holandii zaskoczyli rowerzyści. Wiedziałam, że jest ich dużo, ale nie sądziłam, że aż tyle. Przechodząc przez ścieżkę rowerową czułam się jakbym przechodziła przez bardzo ruchliwą ulicę. Raz nawet miałam taką sytuację, że przechodziliśmy większą grupą, staraliśmy się jak najszybciej zejść ze ścieżki, nagle przejeżdżała rowerzystka. Zaczęła trąbić raz, drugi, trzeci ( a było nas naprawdę dużo i mało miejsca wokół więc nie dało się szybko zejść ze ścieżki). W ostatniej chwili ostatniej osobie udało się przejść. Parę sekund później rowerzystka by w nas bez skrupułów wjechała. ;) W Polsce byłoby to nie do pomyślenia, tutaj rowerzysta to… Czytaj więcej »