Pogadanka o luksusie w czasach kryzysu.

Czemu kryzysu? Bo o depresji gospodarki trąbią od dobrych paru lat, a najbardziej chyba od a.d. 2008. Raczej nie ominął Was ten temat. Jedni odczuli go, kiedy zamiast total all inclusive na Seszelach musieli wybrać all inclusive na Kanarach, inni – gdy z zakupów w Almie przerzucili się na tygodnie tematyczne w Lidlu i jamon iberico kosztowali tylko raz na kwartał. Całkiem szary obywatel, zarabiający minimalną krajową lub co-łaska-uczelni-stypendium: kiedy porównywał ceny dwóch czekolad w Biedronce i zastanawiał się, czy jednak nie rozsądniej byłoby kupić pasztet na jutrzejsze śniadanie.

Jak to się ma do urody i kosmetyków?

Blogerki kosmetyczne stwierdzą, że efekt szminki najpewniej musi być powiązany z jakimś psychologicznym zjawiskiem, siłą oddziaływania kobiety, która na ustach nosi czerwień, jej postrzeganiem przez społeczeństwo i samą siebie. Te z Was, które studiowały ekonomię i uważały na wykładach, być może powiążą wyniki sprzedaży szminek z kryzysem na giełdzie. I każda ze stron będzie miała trochę racji.

EFEKT SZMINKI 
 
Nazwa efekt szminki po raz pierwszy została użyta w 2001 przez nikogo innego, jak szefa firmy Estee Lauder, który to patrząc zza swojego wielkiego biurka (swobodnie wchodziła pod nie sekretarka) na wyniki sprzedaży firmy i całej reszty branży kosmetycznej, stwierdził, że mimo kryzysu sprawy mają się dobrze. Porównał te wyniki z innymi okresami, gdy gospodarkę dotykały spadki i za każdym razem wychodziło mu, że w tym czasie sprzedaż kolorowych kosmetyków, a zwłaszcza szminek, nie tylko trzymała poziom, ale wręcz wzrastała. Ukuł więc teorię, że kobiety które mają mniej pieniędzy do dyspozycji na ogólne wydatki, nie mogąc kupić sobie nowej sukienki, albo drogiej torebki, zadowalają się namiastką luksusu. Zamiast skórzanych, designerskich butów kupują więc czerwoną szminkę z równie znanym logo. Zamiast wyjazdu do SPA na cały weekend fundują sobie domowy zabieg kosmetykami z górnej półki.
Teoria ta wkrótce została obalona przez specjalistów od analityki i statystyki, ale śmiem twierdzić, że nauki te akurat nie zawsze w pełni odzwierciedlają to, co dzieje się w społeczeństwie. Statystyka może zwrócić ci taki wynik jakiego oczekujesz – kwestia jego przedstawienia. A obserwując samą siebie sprzed paru lat, albo moje koleżanki i kobiety z otoczenia, zauważam, jak często pocieszają się one kosmetycznymi zakupami:

Zabrakło mi odwagi, by prosić szefa o podwyżkę, więc tkwię w beznadziei z minimalną krajową? Na pocieszenie najnowszy, wypasiony błyszczyk z kolorowym pudełeczkiem, lustereczkiem i magicznym składnikiem w środku, a marzenie o wakacjach spycham w czeluść nieświadomości.

Ciągle nie mogę znaleźć pracy, choć wysyłam CV w ilościach hurtowych? Może z lepszym i droższym podkładem będę bardziej przekonująca na rozmowach – to przecież inwestycja. A jak nie, to może chociaż znajdę bogatego chłopaka?

Kredyt, który będzie ciążył nade mną jak topór przez następne 14 lat, nie pozwala mi kupić wymarzonego Korsa? Za to zabłysnę przed znajomymi wyjmując z przeciętnej torebki chowanej pod stolikiem  błyszczący, nowiutki puder Chanel z wyraźnym logo.

Studencki budżet nie pozwala mi kupić perfum za 200 zł? Ale za to wezmę lakier za 24, zamiast zwyczajowych 5 zł. W ten sposób oszczędziłam 176 zł. Tak się dba o finanse!

Brzmi choć trochę znajomo? Zadowoli mnie odpowiedź, że Wasze znajome znajomych właśnie tak robią. Bo cały czas oczywiście rozmawiamy czysto teoretycznie bazując na doświadczeniach znajomych znajomych ;)
 
EFEKT LAKIERU

Obecnie mówi się, że efekt lakieru zastąpił już efekt szminki. [vide polskie wyniki sprzedaży kosmetyków z lat 2009-2011, albo ostatnie dane, wg których preparaty do paznokci i do oczu stanowią obecnie 60% całego rynku kosmetyków kolorowych] Dlaczego? Bo lakiery są łatwo dostępne, mają przykuwające wzrok kolory i słodkie buteleczki, kosztują jeszcze mniej niż szminki, a ich wybór jest prostszy niż dobranie odcienia szminki pasującego do karnacji. Wystarczy po prostu wybrać barwę, jaka odpowiada naszemu nastrojowi – prawdziwemu, albo temu z jakim chciałybyśmy się afiszować. Nie każdy odważy się na krwistoczerwoną, wampirzo-bordową albo pomarańczową szminkę, ale lakier w najbardziej nawet szalonym kolorze czy wykończeniu – czemu nie. Koleżanki zauważą na pewno, a w tramwaju nikt nie będzie się gapić tak jak wtedy, gdy ciemna szminka ozdobiła nam zęby.

Nigdy dotąd nie było aż takiego szału na lakiery do paznokci. Jeszcze parę lat temu próżno byłoby szukać blogów poświęconych tylko i wyłącznie lakierom, a teraz – podejrzewam że lakieromaniaczki mają przewagę liczebną chyba nawet nad sektą włosomaniaczek. Dobrze mają się czasopisma w całości skupiające się na zdobieniach do paznokci, powodzeniem cieszą się kursy stylizacji paznokci. Tipsy odeszły w niepamięć, teraz chcemy tworzyć mini dzieła sztuki za pomocą samych lakierów i dodatków do nich, a efekt salamandry, matu, czy ombre można zrobić w domu, oszczędzając na wizycie u manikiurzystki.

Czy to wszystko wina kryzysu i jego psychologicznych następstw?

Może. Jakieś 2-3 lata temu moja kolekcja lakierów rosła zupełnie nieproporcjonalnie do zarobków. Zanim się zorientowałam, podczas wizyty w drogerii wkładałam do koszyka kolejny odcień lakieru do paznokci, licząc na to, że za jakiś czas będę mogła z równą swobodą jak po ten mały kosmetyk, sięgnąć po buty. I to takie, które mi się po prostu spodobają, a nie takie, na jakie będzie mnie w danej chwili stać. Kiedy w myśli podliczam wartość pudełeczka z lakierami, widzę, że te metaforyczne buty mogłabym mieć już wtedy – odraczając sobie małe cotygodniowe przyjemności na rzecz jednej, większej, w nieokreślonej przyszłości. Ale cóż – taka już chyba jest kobieca strategia na przetrwanie kryzysu.

_______
Suplement:
http://www.pb.pl/3606249,35911,kolorowo-w-kosmetykach-kolorowych
http://www.parkiet.com/artykul/1247554.html
Źródła zdjęć: 1, 23